Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Zwyczajna proza dnia codziennego

Czym jest moje dziedzictwo? Odpowiedź na to pytanie wbrew pozorom nie jest taka prosta i oczywista. Z pewnością mogę jednak stwierdzić, że pojęcie dziedzictwa jest bardzo szerokie, indywidualne, a może czasem nawet intymne. Jest to zagadnienie, o którym nie myśli się na co dzień. Często dziedzictwem są dla nas z pozoru trywializmy dnia codziennego. Jednak jak spojrzymy na te przedmioty, zwyczaje, miejsca czy ludzi, okazuje się, że jednak są to zdarzenia wyjątkowe, niespotykane, “nasze”.  Zrozumiałam to na swoim przykładzie, gdy myśląc o moim dziedzictwie, zapragnęłam je pokazać. Okazało się, że w domu nie mamy fotografii ani filmów ukazujących moje dziedzictwo, ponieważ moja rodzina traktuje nasze zwyczaje jako coś “normalnego”, “zwyczajnego” i nie myślała o tym, aby je uwiecznić.  Jest to jednak dobry moment na zmiany.

Myśląc o moim dziedzictwie przychodzi mi na myśl mój dom rodzinny na wsi – Siedlec oraz panujące w tym miejscu zwyczaje. Siedlec jest to mała wieś położona w województwie małopolskim, w powiecie tarnowskim, w gminie Radłów. Liczy zaledwie 300 mieszkańców. Okres Świąt Bożego Narodzenia  w mojej miejscowości owocuje w liczne zwyczaje. Pamiętam jak byłam jeszcze dzieckiem i po kolacji Wigilijnej, zazwyczaj była to godzina 19, ludzie ze wsi  spotykali się pod kościołem i wsłuchiwali się w szczekanie psów. Z której strony było słychać szczekanie - oznaczało to, iż z tej strony będzie wesele w przyszłym roku. Jako dziecko nie za bardzo rozumiałam co się właściwie dzieje, ale była to dla mnie świetna zabawa - takie wskazywanie skąd dobiega wycie psa. Zwyczaj ten nie jest już kultywowany, ale  pozostawił po sobie dobre wspomnienie.

Innym przesądem towarzyszącym kolacji wigilijnej była kolejność wchodzenia gości, których się zaprosiło do ogniska domowego. Ważne było, aby jako pierwszy postawił nogę za progiem mężczyzna, a dopiero później swoją stopę mogły postawić kobiety. Gdyby zdarzyło się na odwrót, mówiono, że przynosi to gospodarzom pecha. Trzeba było uważać, i pamiętać, aby tak się nie stało. Kolejną rzeczą, o którą warto było zadbać, to zachowanie sianka ze stołu wigilijnego i podanie go zwierzętom w gospodarstwie. Wierzono bowiem, że zapewni im to zdrowie na kolejny rok.

Następnym obyczajem jest robienie psikusów sąsiadom w noc Bożego Narodzenia.  Jednym z żartów jest zdejmowanie i podmienianie bram wjazdowych i furtek w gospodarstwach domowych. Okna w domach zamalowywane są wapnem bądź kredą przez młodzież zamieszkującą okolice. Młodzi chłopcy jak i starsi kawalerzy rozsypują słomę na podwórkach miejscowych panien, do których żywią skryte uczucia.  Przed Świętami rozmawiałam z mamą o tym zwyczaju i doszłyśmy do wniosku, iż nie jest on kultywowany od paru lat, tak jak większość obyczajów panujących w tym okresie. Jednak drugiego dnia Świąt, okazało się, że nasza brama wjazdowa zniknęła. Znajdowała się ona u naszego sąsiada po drugiej stronie ulicy, a więc zwyczaj ten ponownie wraca do łask.

Jeśli chodzi o moją rodzinę, to również mamy kilka obyczajów oraz tradycji, które są, aż po dziś dzień praktykowane. Jedna z nich to zakaz wstawania od stołu podczas kolacji wigilijnej (nawet do łazienki!), ponieważ może przynieść to pecha. Zrobić to może tylko osoba,  która podaje jedzenie do stołu. W moim domu staramy się, aby co roku dania przynosiła inna persona, aby było sprawiedliwie. Następnym zwyczajem, który obchodzi nasza rodzina jest uregulowanie wszystkich długów oraz pożyczeń dokonanych w bieżącym roku. Najlepiej jeśli dokonamy tego przed wieczerzą wigilijną, aby móc spokojnie usiąść i cieszyć się Świętami, rodziną oraz aby w nowy rok wejść z czystym rachunkiem. Jeśli mowa już o pieniądzach, obyczajem, który praktykuje moja rodzina to kąpiel w monetach w sylwestrowy poranek. Jest to sposób na to, żeby pieniądze „kleiły się” do ciebie przez cały rok. Zwyczaj ten rozpoczął mój dziadek, ale aktualnie praktykuje go tylko mój wujek.

Zwyczajem, który utkwił mi najbardziej w pamięci to tak zwane wykopki. Jest to wydarzenie, którego przez lata nie doceniałam. Samo w sobie kopanie ziemniaków to może nic ciekawego, ale obyczaje towarzyszące temu zajściu to już jak najbardziej świetna zabawa. Akcja ta rozgrywa się we wrześniu, zaangażowani w nią są sąsiedzi, rodziny oraz znajomi. W tym roku zaangażowałam nawet swojego miastowego chłopaka, który wychowywał się w Krakowie, i nigdy wcześniej nie słyszał o tym, żeby kopanie ziemniaków było istotnym wydarzeniem. Dopiero po wzięciu w nim udziału zauważył jaką to ma wartość dla mieszkańców. 

 Z samego rana na polu stawiany jest wóz, a każdy z uczestników wybiera sobie rządek i zabiera wiklinowy koszyk. U nas akurat nie kopie się ziemniaków motyką, tylko mój wuj przyjeżdża traktorem z kopaczką do ziemniaków. Pełne kosze odnosi się i wsypuje na wóz. Moja mama jako gospodyni domu zawsze robi dla gości posiłek - strogonow oraz kruche faworki z cukrem pudrem na deser. Dlatego chrust nigdy nie kojarzy mi się z tłustym  czwartkiem, tylko właśnie z wykopkami. Za dzieciaka  frajdą było dla mnie I innych młodocianych - kopanie w ziemi i wyciąganie z niej przeróżnych skarbów. Często były to robaki, monety, stare podkowy czy inne niezidentyfikowane przedmioty. Chłopcy uwielbiali robić kawały i wrzucali dziewczynkom za koszulki glisty bądź pająki, albo obrzucali je starymi, zgniłymi ziemniakami. Po zakończonych zbiorach czekała na dzieci kolejna atrakcja – jechanie na wozie pełnym ziemniaków. Cały dzień czekałam tylko na ten moment, aż zasiądę na wozie! Kiedy mężczyźni zrzucali ziemniaki do piwnicy, kobiety rozpalały ognisko i przygotowywały ziemniaki do pieczenia. Czy jest coś lepszego niż świeży ziemniak zebrany z pola własnymi rękoma, polany masłem i doprawiony solą? Myślę, że moja odpowiedź jest zbędna. Na sam koniec wokół ogniska organizowana była impreza dla wszystkich osób, które uczestniczyły w wydarzeniu. Muzyka, taniec, śpiew to nieodłączne elementy zabawy. Zwyczaje te praktykowane są do dzisiaj, jednak to właśnie będąc dzieckiem brałam w nich najbardziej czynny udział.

 Z opowieści mojej mamy, kiedy to ona była jeszcze dzieckiem/nastolatką mogę wywnioskować, że kopanie ziemniaków w tych czasach to naprawdę sama przyjemność. Dawniej zanim pojawiły się  kopaczki i mój wujek z traktorem, mama z babcią i siostrą wychodziły w pole z motyką w ręku. Przy czym nie było to kilka rządków do rozgrzebania tak jak jest teraz. Kopały nawet parę dni. Następnie trzeba było ziemniaki posegregować. Duże - były przeznaczane na sadzeniaki, aby ponownie na wiosnę zasadzić je w ziemi. Drobne były dla zwierząt na paszę, pozostałe na pokarm dla ludzi. Na koniec także organizowano ognisko, podczas którego piekło się ziemniaki, a danie, które przyrządzała babcia w te dni ciężkiej pracy to były pierogi ruskie, ale nie takie jak są wszystkim znane – z ziemniakami, serem i cebulą tylko z serem i jabłkami!  To są właśnie dla naszej rodziny pierogi ruskie!

Podsumowując, cieszę się, że mogłam zagłębić się w zwyczaje i tradycje dotyczące mojej rodzinnej miejscowości jak i samej rodziny. Nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaką to może mieć dla mnie wartość. Myślałam, że codzienne czynności wykonywane przeze mnie w domostwie nie są niczym nadzwyczajnym, jednak teraz już wiem, że właśnie to budowało naszą rodzinę i sprawiało, że byliśmy i jesteśmy na swój sposób wyjątkowi – chociaż podejrzewam, że większość mniejszych lub większych wsi może mieć swoje osobiste zwyczaje, o których się nie mówi poza granicami.

Żałuję, że moja rodzina nie uwieczniała tych „zwykłych” wydarzeń na fotografiach, jednak jest to dla mnie nauka na przyszłość, aby dokumentować  aktualne codzienne rytuały po to, żeby przyszłe pokolenie mogło na nich budować swoje dziedzictwo.

Autorka: Ewelina Suwała 2021 r.