Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

„Dziewczynki ze Śląska nie mają serduszek, tylko węgielki”

Dziedzictwo to – mówiąc najprościej – ogół wartości. W zależności od kontekstu możemy mówić o dziedzictwie materialnym bądź nie, jednak w każdym wypadku jest to coś, co dziedziczymy po przodkach lub poprzednich pokoleniach. Tym samym dziedzictwem, w tym wypadku niematerialnym, mogą być również tradycje, wierzenia, zwyczaje, święta, czy nawet wiedza, praktyki, obrzędy świąteczne… a jak nietrudno się domyślić, te różnią się w zależności od człowieka. Każdy z nas co innego przyjmuje za własne, z czym innym się utożsamia, co innego odrzuca. I nawet żyjąc w tym samym otoczeniu, w tej samej rodzinie, pojęcie własnego dziedzictwa może się różnić. W moim przekonaniu termin „moje dziedzictwo” określa coś, co ja – jako człowiek, jako niezależna jednostka – uważam za ważne, co pragnę kultywować, co mnie definiuje.

Tym samym moje dziedzictwo to szeroko rozumiany, acz potraktowany wybiórczo Śląsk. Pochodzę stamtąd, w rozmowach ze znajomymi zawsze podkreślam, że jestem ze Śląska, czuję się związana z tym regionem i nierzadko śmieję się, że „dziewczynki ze Śląska nie mają serduszek, tylko węgielki” – nie mam jednak wątpliwości, że prawdziwy Hanys oburzyłby się, słysząc moje słowa. Nie mieszkam w familoku, nie wyrzucam śmieci do hasioka, w zimie nie zakładam wełnianych fusekli…

Urodziłam się w Cieszynie, tam też chodziłam do szkoły. Jest to miasto, w którym pod względem lingwistycznym bardzo mocno mieszają się rozmaite wpływy – sięga to wstecz aż do czasów I wojny światowej i zaborów, kiedy region śląska cieszyńskiego był siedzibą wojsk austriackich. Do tego dodać należy bliskość terenów opanowanych przez Niemców, oraz – już współcześnie – bliskość Republiki Czeskiej. Wszystkie te wpływy i naleciałości ukształtowały nietypową gwarę cieszyńską, a ta z kolei w dużej mierze wpłynęła na moje poczucie przynależności do miejsca i regionu. I tak w dzieciństwie chodziłam na spacery za cestę, prosiłam mamę, żeby ciepła mi wodę (naleciałości zza Olzy) a jednocześnie jadłam żymły i bawiłam się z innymi frelkami (gwara górnośląska). Na co dzień nie mówię jednak gwarą – lub nie zdaję sobie sprawy, że mówię. Bo o ile „żymły” brzmią z gruntu śląsko, o tyle przeżyłam dwadzieścia kilka lat w błogiej nieświadomości, że mimo najszczerszych chęci nie można kogoś „przybrać” (podwieźć), czy też że może być coś dziwnego w „gumce do gumowania” (zaznaczyć należy, że poprawna nazwa – gumka do mazania – dla każdego Ślązaka jest… cóż… idiotyczna. „Mazać” znaczy tyle co „brudzić”, taka gumka była by więc antytezą samej siebie). No i nasze słynne, cieszyńskie „od”, które niezmiennie doprowadza do nieporozumień! „Czyj to laptop?”, pyta moja współlokatorka, a ja, zgodnie z prawdą, odpowiadam: „od Agaty”. Koleżanka patrzy na mnie dziwnie, po czym dopytuje: „Tak, ale czyj?”. Teraz to ja mam dziwną minę. „OD AGATY!” powtarzam głośniej, na wypadek, gdyby współlokatorka cierpiała na nagły niedosłuch. „Ale kto go dostał od Agaty?”, pyta ona bezradnie i wtedy do mnie dociera. Przyimek „od” tylko na śląsku cieszyńskim oznacza przynależność (laptop od Agaty = laptop należący do Agaty), zaś wszędzie indziej oznacza tyle, że rzecz od kogoś pochodzi, została otrzymana. Szybko prostuję nieporozumienie, ale kilka dni później powtarzam swój błąd – teraz jednak wszyscy w mieszkaniu już wiedzą, że „ona tak ma, ona jest ze śląska”. Odparłabym, że „każdego szkoda”, ale dziś już wiem, że i to nie jest powszechnie zrozumiałe…

I tak jak gwara sama w sobie pełna jest sprzeczności, tak tyleż sprzecznych odczuć we mnie – i nie tylko we mnie – budzi. Nie podoba mi się w brzmieniu, ale oglądając stronę „Rubens był z Bytomia” czuję swoistą dumę. Powtarzając za Jasieńskim – tak mi wówczas mojo. Uważam, że gwara powinna być krzewiona, ale oburzam się, kiedy używają jej wykładowcy na uczelniach wyższych (a zdarzają się tacy na Uniwersytecie Śląskim).

Kolejnym nierozerwalnie związanym ze Śląskiem elementem jest górnictwo. Choć nie mieszkam i nigdy nie mieszkałam w prawdziwie górniczym mieście (i tym samym nie doświadczyłam nigdy stereotypowego, górnośląskiego domu ani rzeczywistości), obaj moi dziadkowie i połowa wujków są lub byli górnikami. Tym samym nie są mi obce opowieści o Skarbku ani hucznie obchodzone Barbórki (i tym samym moja mama jest jedyną osobą w całej rodzinie, o której imieninach się pamięta).

I w końcu zwyczaje, święta i wydarzenia, rzeczy dla mnie tak codzienne, że aż niezauważalne, a dopiero w konfrontacji z innym stylem życia utęsknione i docenione. Jednym ze zwyczajów kultywowanych ponoć tylko na śląsku cieszyńskim jest wręczanie pierwszoklasistom rogu obfitości – wielkiej papierowej tuby wypełnionej słodyczami. Dostałam taką ja, dostali moi koledzy i koleżanki z podstawówki, ale nie dostał żaden ze znajomych ze studiów – co okazało się podczas przypadkowej rozmowy, a później zostało szeroko przetestowane: tak przez zdziwioną mnie, jak i przez oburzonych tą jawną niesprawiedliwością znajomych – tylko osoby z okolicy Cieszyna (Bielsko Biała, Skoczów i stricte Cieszyn) mogły pochwalić się takim prezentem. Z zawiścią – miejmy nadzieję, że jedynie żartobliwą – spotyka się też fakt, że wszystkie dzieci w Cieszynie odwiedza w Wielkanoc Zajączek, przynosząc naręcza prezentów. Najlepsze, na co mogli liczyć znajomi z innych regionów Polski, to czekoladowe jajka – jeśli w ogóle. Dodać do tego należy prezenty na Dzień Dziecka (żeby nie rozjuszyć pokrzywdzonych, dodawać zaś nie należy, że z przyjaciółkami otrzymujemy je od rodziców po dziś dzień, teraz jednak – idąc z postępem czasu – najczęściej w formie symbolicznego, acz bardzo miłego przelewu bankowego) i oto wyjawia nam się obraz Ślązaków chętnych do obdarowywania się prezentami. Obraz na który z pewnością nie narzekam. (I w temacie prezentów pozostając, pragnę wyraźnie zaznaczyć, że w Wigilię prezenty przynosi Aniołek, nie Mikołaj! Ten drugi pracuje wyłącznie szóstego grudnia, w pozostałe dni na terenie Śląska dostając urlop na żądanie).

Kolejnym zwyczajem ograniczonym tylko do regionu Cieszyna jest tradycja jedzenia jajecznicy w Zielone Świątki. Ciężko określić skąd się ona wzięła, potwierdzają ją jednak rozmaite źródła, a żeby doświadczyć jej na własnej skórze wystarczy pojawić się w okolicy w tym właśnie dniu – nie jest to bowiem zwyczaj ograniczony tylko do prywatnych domów. Często organizuje się wspólne robienie (i – naturalnie, a może tym bardziej – jedzenie) jajecznicy na parafiach lub w miastach, dając tym samym lokalnym mediom temat na dwustronicowy reportaż. Prawdziwa zielonoświątkowa jajecznica powinna być usmażona na ognisku lub grillu, koniecznie w świąteczny poniedziałek – teraz jednak, ponieważ nie jest to już dzień wolny od pracy, tradycję częściej przenosi się na niedzielę, aby dać tym samym okazję do spotkania z rodziną czy przyjaciółmi.

Jeszcze jedną okazją na dopieszczenie podniebienia jest na śląsku cieszyńskim okres przed Bożym Narodzeniem, kiedy to w każdym domu rusza produkcja świątecznych ciasteczek na skalę masową. I myli się ten, kto sądzi, że chodzi o pierniczki. Te, owszem, mogą się pojawić, ale jako jedno z kilkunastu rodzajów drobnych ciasteczek świątecznych. I tak lepi się ule, składa margarynki, formuje orzechowe rogaliki, toczy kuleczki z mleka w proszku… A to tylko kilka z kilkudziesięciu rodzajów. Pełną gamę zobaczyć można wpisując w Google „drobne ciasteczka cieszyńskie”.

O tym jak bliski memu sercu jest Śląsk – nieważne czy Cieszyński, czy Górny – dowiedziałam się… w Krakowie. Zarówno w liceum, jak i mieszkając krótko w Katowicach, na pytanie „skąd jesteś?” odpowiadałam nazwą miejscowości. Wystarczyło, bo że jestem ze śląska rozumiało się samo przez się. Jednak po przeprowadzeniu się do Miasta Królów odkryłam, że pierwszą informacją, jaką podaję w odpowiedzi na to pytanie jest „ze Śląska”. Dopiero później doprecyzowuję miasto. Wydaje się więc, że pochodzenie i przywiązanie do regionu mnie określa, że czuję się ślązaczką, a dopiero potem mieszkanką Cieszyna, choć moje rozumienie śląska to tak naprawdę właśnie Cieszyn i jego okolice. Ale, jak przystało na kogoś, kto choć przez chwilę mieszkał w Katowicach, odczuwam irracjonalną niechęć do Sosnowca. Której, co również charakterystyczne, nijak nie umiem wytłumaczyć.

Autorka: Sara Wacławik 2017 r.

Data opublikowania: 23.03.2017
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko