Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Jak to ci nie płacą?

„Fajnie ci, masz coś swojego”. Mam. Każdy ma. Tylko nie każdy wie. A jeśli nie wie, to tak jakby nie miał. A jeśli nawet wie, to wiedzieć nie wystarczy. Bo z tym jest tak, jak ze wszystkim, co najważniejsze w życiu, to trzeba czuć. Przekonanie, że to chyba jest nam niezbędne, bo jest z nami odkąd pamiętamy, trzymanie się tego kurczowo dla szeroko pojętych korzyści, wmawianie sobie, że akurat to jest przeznaczone dla nas, bo to głupio zostać z niczym, to wszystko na nic. Bo tego nie da się sobie narzucić, przyjąć jak prawdę objawioną, zmusić się do akceptacji stanu rzeczy, udać oczekiwanych emocji. Bo każde z tych działań sprawia, że to nie będzie już TO. Więc jak to znaleźć? Jak zaspokoić swoje pragnienie, swoją potrzebę? Jak to zidentyfikować? Pomyśl o czymś, co sprawia, że na samą myśl serce bije ci szybciej, momentalnie napływa cię fala ekscytacji, radości, a może wpadasz w zadumę i pozwalasz pochłonąć się refleksji. Coś, o czym chciałbyś wszystkim powiedzieć, ale czujesz, że nie zrozumieją. Albo że ty nie będziesz w stanie oddać słowami właśnie tego, co chciałbyś im przekazać. Coś, czego pozbawiony, czujesz się niepełny i wiesz, że nic nie zastąpi właśnie tej części ciebie. Coś, do czego czujesz „to coś”. To jest twoje dziedzictwo.

Powiedziałabym, że swoje początki miałam w latach przedszkolnych. Ale nie byłoby to prawdą, bo jeszcze wtedy nie czułam „tego czegoś”. To było coś nowego, coś ciekawego, powodowało pozytywne emocje, miło i produktywnie zapełniało czas. Naprawdę to lubiłam. Ale na dłuższą metę lubienie nie wystarczy. Zaczyna się szukać dalej, aż trafi się odpowiednio. Ja nie zaczęłam szukać dalej, tylko później. Kolejną, zupełnie niemożliwą do przewidzenia w skutkach próbę podjęłam kilka lat później, kończąc podstawówkę. Po czym bardzo szybko postanowiłam tę szansę zaprzepaścić. I nie dałam rady! Wtedy zrozumiałam, że wpadłam po uszy. W taniec ludowy.

Taniec już w dość wczesnych latach dzieciństwa okazał się moją pasją, rozwijaną nie tylko na dedykowanych mu zajęciach, ale głównie przed domowym lustrem, które umożliwiało mi podziwianie swojego subiektywnego artyzmu. Rzeczywiście, w przedszkolu chodziłam na zajęcia taneczne o charakterze ludowym. Bardzo podobała mi się taka forma ruchu, która w późniejszych latach okazała się idealną alternatywą dla sportu, który oprócz jazdy na rowerze, nigdy nie był moją bratnią duszą. Trafiały się nawet występy, które obecnie są potwierdzone raczej przez video- i fotodokumentację prowadzoną przez zachwyconych rodziców, niż moją własną pamięć. Były też oczywiście piękne stroje, kolorowe wianki i rozłożyste spódnice, obok których mi, jako pięcioletniej strojnisi, nie można było przejść obojętnie. Nawiasem mówiąc, z tego się nie wyrasta, stroje są coraz bardziej zachwycające, wianki coraz większe, a spódnice nadają jeszcze większy pęd.

Wracając… W kolejnych latach pozostałam aktywną obserwatorką tanecznych podbojów lokalnego zespołu ludowego, do którego ówcześnie należała moja kuzynka. Kończąc szkołę podstawową, zainspirowana jej pasją, przy odpowiednim wsparciu rodziców stwierdziłam, że czas pójść o krok dalej. Jako za małe o dwa lata dziecko, zostałam dopuszczona na nabory do zespołu. Było to jednocześnie wyróżnienie i motywacja, by okazać się tak dobra jak starsi i kiedyś móc zachwycić innych swoimi umiejętnościami. Udało się. Zrezygnowałam z zajęć teatralnych, nie podjęłam drugiego stopnia szkoły muzycznej, wybrałam taniec. Pierwszy kryzys miałam stosunkowo bardzo szybko, z przyczyny błahej z perspektywy czasu, jednak ówcześnie bardzo dotkliwej. Ku zaskoczeniu rodziców, zaczęłam opuszczać próby, mówiłam, że przeznaczę ten czas na naukę angielskiego, czy cokolwiek, co nie jest uczestnictwem w zajęciach, mimo że próbowałam przekonać bardziej siebie samą niż kogokolwiek. Zebrałam się na odwagę, by poinformować o tym choreografkę zespołu. Pamiętam jak dziś, kiedy ze spuszczoną głową wchodzę do budynku, przypadkową osobę pytam o jej obecność i pragnę przeniknąć niezauważona, przekazać swoją decyzję i wyjść. Nie zdążam. Przechodząc obok sali zostaję zaczepiona przez osoby z zespołu, które po „wyciśnięciu” ze mnie celu mojej obecności, stwierdzają, że chyba sobie żartuję i pospieszają mnie do przebrania się na trening. Próbuję jednak być stanowcza, zrobić to, co zaplanowałam, iść i się wypisać. Nie daję rady. Teraz nadal nie wiem, jak miałabym dać.

Kuzynka przestała tańczyć wyjeżdżając na studia. I choć w tamtym czasie nikt z mojej rodziny nie miał do czynienia z tańcem czy śpiewem ludowym, wiem, że gdyby nie oni, dziś to, o czym piszę, nie miałoby dla mnie znaczenia. Myślę tu nie tylko o codziennym wsparciu i zachęcaniu do muzycznego rozwoju, ale prowadzeniu na próby, wspieraniu na koncertach, a przede wszystkim o samym pokazaniu, że istnieje coś tak wspaniałego. W momencie, gdy o tym opowiadam, „zarażone” tańcem jest też moje cioteczne rodzeństwo i wujek. Ja mam przymusową korona-ograniczeniową przerwę. Po ponad 10 latach. I tęsknię. Bo słuchanie utworów, czy oglądanie koncertów online to nie to samo. Tym trzeba żyć.

Z upływem lat to zespół stał się w pewnym sensie moją drugą rodziną. Wszystkie kolejne lata mojej szkolnej edukacji niemal zupełnie poszły w niepamięć, na rzecz pełnego wchłonięcia przez zespół. Dziecięce stroje zamieniły się w pełny „dorosły” ekwipunek, dni szkoły nieraz ustąpiły miejsca tanecznym festiwalom, jedną z głównych potrzeb stały się wygodne baletki, czas wolny stał się czasem tańca, a nie-wolny myśleniem o nim. Każda okazja na poznanie nowego kroku, następnie ich układów, a w konsekwencji całej zaaranżowanej artystycznie choreografii wiąże się z ekscytacją i nie daje spokoju, póki nie jest w pełni opanowana. A że zawsze można zatańczyć jeszcze lepiej, jeszcze ładnej, jeszcze profesjonalniej, to ta ekscytacja nie przemija. Dochodzi odpowiedzialność. Za to, co się przekazuje i prezentuje. Żeby prezentacja była nie tylko ładna i artystyczna, ale prawdziwa i autentyczna. Autentyczna nie tylko w krokach, ruchach, muzyce, ale w emocjach. Emocjach… Zapadła mi w pamięć uwaga pewnego wybitnego choreografa, który chcąc zmobilizować tancerza do scenicznego uśmiechu podczas tańca rzucił: „Ich [widowni] nie obchodzi, że ci babcia umarła!”. I o ile było to mocne stwierdzenie, nie da się ukryć, ich nie obchodzi. Ale nie o sam uśmiech się tu rozbiega. A o ten zachwyt i tę energię, która wypełnia, unosi i kieruje ciałem. O dostojność poloneza, żwawość mazura, zadumanie kujawiaka, lekkość walca, radość polki, fascynację oberka. Bo kiedy to się czuje, to nie da się nie uśmiechać... chyba że przez zakwasy. Do tego duma. Duma z możliwości poznania folkloru lokalnego i tańców narodowych, odkrywania tożsamości. Pochodzę z północno-wschodniej Polski, gdzie stykają się kultury: polska, litewska i żydowska. Poznanie każdej chociaż w jakimś ułamku jest nie tylko ciekawym doświadczeniem, ale właśnie odkrywaniem tego dziedzictwa, które oddaje mi mój region. Oprócz tego poznanie innych zakątków Polski przez taneczny pryzmat. Duma z umiejętności odtworzenia dawnych tańców oraz zaprezentowania ich w nowej aranżacji. Duma z możliwości prezentowania i przekazywania innym. Bo ciężko opisać uczucie, kiedy po ostatnim tańcu próbuję uspokoić nadto przyspieszony oddech, a zza palących gorącem,  oślepiających reflektorów wyłaniają się powstające sylwetki wznoszące aplauz wyciskający łzy… a przecież makijaż…

Podnoszę głowę wysoko, mimo że czasem trudno. Bo „Co ty, śpiewasz i się trzęsiesz jak te babuszki? [śmiech]” Gdyby nie te babuszki, to co by nam zostało? Kto by nas nauczył? Do czego mielibyśmy wracać? Do czego się odnieść? Co rozwijać? „A te stroje, już chyba nie da się więcej zakryć”. Te stroje to właśnie wyjątkowość, wśród hip-hopowych dresów, miniówek mażoretek, jedyne i niepowtarzalne, dla kraju, dla regionu, dla mnie.

Czasem zastanawiam się, komu to jest bardziej potrzebne. Dla tych, którzy odchodzą, by ich spuścizna wciąż dostawała nowe życie? Dla tych, którzy są, w myśl idei podtrzymywania narodowego czy lokalnego dziedzictwa? Dla tych, którzy dopiero się narodzą, by mogli zidentyfikować samych siebie? Nade wszystko po prostu dla mnie samej. Tylko czy pasja może być dziedzictwem? Albo dziedzictwo pasją? Moje jest. Bo oprócz samego uwielbienia tańca jako takiego, tu chodzi o ten szczególny. Bo chociaż po koncercie w ciężkim, mocno spiętym stroju, czym prędzej wracam do bluzy dresowej i adidasów, a po treningu przepełnionym ludową muzyką włączam rap, to bez nich czułabym dotkliwą pustkę. Dlatego każdą okazję do oddania się temu musiałam w pełni wykorzystać. Pójść na próbę, wytańczyć koncert, pojechać na festiwal. Chora, zmęczona, smutna, zapracowana. Taniec ulecza.

„Ale jak to ci nie płacą?”. To niedorzeczne z mojej perspektywy pytanie na zawsze zapadnie mi w pamięć. I kiedy po chwili zrozumiałam, że zostało zadane całkowicie poważnie, nie udało mi się wytłumaczyć, że to nie tak. Że angażuję się dla czegoś o wiele ważniejszego niż pieniądze. Nie tańczyłam nigdy w zespole zawodowym. Oba, z którymi byłam związana były zespołami amatorskimi, podlegającymi pod ośrodki kultury. I nie zagłębiając się w kwestie finansowe, które są oczywistą częścią funkcjonowania zespołu, nigdy w ten sposób nie zarobiłam. Dostałam coś znacznie cenniejszego. Naukę, wiedzę, rozwój, umiejętności, powód do dumy, wyróżnienie, cel, sens, pasję. Do tego wspomnienia i setki zdjęć… ale to już inne dziedzictwo.

Autorka: Weronika Kotarska 2021 r.