Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Spadkobierczyni Baudelaire’a

W mojej rodzinie nigdy nie mówiło się o lokalnym dziedzictwie. Nieznane są mi legendy związane z miastem, z którego pochodzę, choć zdziwiłabym się, jeżeli jakiekolwiek w ogóle by istniały. Zazdroszczę tym, którzy są silnie przywiązani do miejsca swojego zamieszkania, kultywują lokalne tradycje, czy posługują się lokalną gwarą. Niemniej jednak, o ile brak świadomości związanej z lokalnym dziedzictwem powoduje, że moje przywiązanie do tradycji, czy konkretnej wiedzy, jest mocno fragmentaryczne, nie mogę uznać, by było ono mniej wartościowe.

Rozmyślając na temat mojego dziedzictwa w mojej głowie rysowały się szkice tego, co mogłabym uznać za własne i kształtujące moją tożsamość. Czy byłby to złoty pierścionek o wyrafinowanym kształcie, jedyna rzecz, jaką odziedziczyłam po mojej babci? Czy może wkrętarka, jaką podarował mi tata tuż przed swoją śmiercią (działająca jednak na tyle marnie, że jedyne, do czego się nadaje, to wywiercenie dziury w kokosie, by napić się jego wody – ciągle przypominająca mi o tym, że tata do końca widział we mnie małą dziewczynkę, która mogłaby narobić więcej szkód, niż pożytku, zajmując się „poważnym” narzędziem)? Czy może jednak byłaby to bogata biblioteka książek na temat zarządzania, zawierająca wiedzę, której nie zdążył przekazać mi przed (znów przedwczesną w mojej rodzinie) śmiercią dziadek, prezes jednego z polskich uzdrowisk? Analizując moje przywiązanie do wszystkich tych rzeczy, doszłam do jednego, ale bardzo cennego dla mnie wniosku. Tym, co wpłynęło na mój światopogląd, ukonstytuowało moją tożsamość i zaważyło na chęci dalszego pogłębiania wiedzy na dany temat, jest nic innego, jak literatura. To dzięki dziełom wielkich mistrzów mogę zdefiniować swoje ja, jako obywatelki nie tylko Polski, ale całego świata, a miejsca, do których podróżuję, rozbudzają za mną tęsknoty za dawnymi obyczajami, architekturą, czy modą. Wiedza, pieczołowicie powiększana dzięki literaturze, głównie dziewiętnastego wieku, tworzy w mojej świadomości rozległą mapę miejskich legend, które przebudzają się za każdym razem, gdy spaceruję po Krakowie, Warszawie, czy przeglądam zdjęcia, bądź oglądam filmy z wielkimi europejskimi ośrodkami w tle.  

Niełatwo było mi wybrać jednego twórcę, spośród wszystkich, których darzę wielkim szacunkiem i dzięki których twórczości mogę godzinami rozprawiać na temat Anglii, Francji, czy oczywiście Polski, głównie XIX i XX wieku. Swoją pracę postanowiłam poświęcić pisarzowi, którego na ten czas cenię najbardziej – Charlesowi Baudelaire’owi. To od lektury jego dzieł rozpoczęła się moja miłość do dziewiętnastowiecznego Paryża i chęci poznania go od każdej możliwej strony. Baudelaire był jednym z poètes maudits, poetów wyklętych, którzy kierowali się maksymą, „by być raczej znienawidzonym, niż normalnym”. To dzięki niemu liryka francuska stała się zjawiskiem na miarę europejską, a jego tom wierszy Kwiaty zła, powstały w 1857, jest fundamentem poezji modernistycznej i kwintesencją atmosfery Paryża XIX. wieku. W odróżnieniu od tradycyjnej poezji, która opierała się na pięknie oczywistym otaczającego nas świata, Baudelaire poczuł, że poezja nowoczesna musi odwoływać się do zwykłych i paradoksalnych aspektów życia. Był on zdania, że piękno jest w stanie rozwinąć się samo z siebie, niezależnie od natury, a czasem nawet dzięki grzechowi. Wskazywał w ten sposób na dwa opozycyjne wobec siebie światy: „spleen” i „ideał”. Spleen symbolizuje wszystko to, co złe: śmierć, rozpacz, samotność, morderstwo, choroby. Ideał zaś to symbol uczuć, dzięki którym wznosimy się ponad spleen, czyli na przykład miłość. W Kwiatach zła Baudelaire ukazuje próby odnalezienia się w mieście molochu, pełnego brudu, braku przyjemności, i właśnie spleenu,  a w większości wierszy dominuje turpizm i brzydota. Jest on poetą nowoczesności, twórcą słowa, które jest mu niezbędne dla wyrażenia specyfiki nowoczesnego artysty, zdolności dostrzegania nie tylko upadku człowieka, ale także i nieodkrytego tajemniczego piękna, kryjącego się w rzeczywistości.

Jednym z dzieł Baudelaire’a, które najbardziej do mnie trafiają, jest „Malarz życia nowoczesnego” – hołd dla malarza Constantina Guysa. To dzięki temu utworowi, zdołałam zobaczyć rzeczywistość charakterystyczną dla Paryża XIX wieku i z zapałem odkrywać kolejne niuanse tego niezwykłego miasta w danym okresie dziejowym. Tym, co istotne jest w sztuce Guysa (a także Baudelaire’a), to nie sztuka mimetyczna, a to, co artysta jest w stanie przenieść ze swojej wyobraźni na płótno, czy kartkę papieru. Zdaniem pisarza tylko taka forma jest najbardziej autentyczna i ukazuje najważniejsze detale rzeczywistości. Constantin Guys, jako światowiec i artysta, jest w stanie panoramicznie przedstawić XIX wiek, jednocześnie unikając sztuczności i modelowego przedstawienia, które zdaniem Baudelaire’a są czymś bezwartościowym. Tym jednak, co najbardziej fascynuje mnie w postawie Guysa, Baudelaire’a, ale i większości twórców francuskich w dziewiętnastym wieku, jest postać flâneura.  

Flâneura cechuje jednocześnie odizolowanie, ale i wejście w tłum. Postawa ta wiąże się z elitarnością oraz obserwowaniem ludzi. Czuje się on jako jednostka ponadprzeciętna, nie mająca potrzeby wchodzenia w interakcje z innymi. Flâneurowi najbliżej do dandysa, który podchodzi do ludzi z wyższością, niekiedy wręcz odrazą. Ważna jest również kwestia materialna – zarówno flâneura, jak i dandysa musiało być stać na taki tryb życia. Constantin Guys był flâneurem-artystą. Zajmował się życiem Paryża, kobietami, wojnami krymskimi, powstaniami wolnościowymi, czy walkami narodowościowymi Greków. Był swego rodzaju dziennikarzem, korzystającym z życia jako wachlarza możliwości. W swoich obrazach wskazywał na różnice kulturowe w zachowaniu, czy modzie. Tym, co wyróżnia jego sztukę i wpływa na jej autentyczność, to chociażby fakt, że nie ukazywał on scen batalistycznych, a żołnierzy w trakcie rozmowy.

Mogłoby się wydawać, że postawa flâneura nie może mieć nic wspólnego z 24-letnią dziewczyną mieszkającą i studiującą w Krakowie, korzystającą z wszelkich uroków dwudziestego pierwszego wieku. Nic bardziej mylnego. Od zawsze uwielbiałam błądzić ulicami miast, w których byłam po raz pierwszy, zwracając uwagę na detale architektoniczne, towary wystawiane w witrynach sklepowych, a także ubiory i zachowania otaczających mnie ludzi. To dopiero lektura dzieł XIX-wiecznych mistrzów pozwoliła mi utożsamić się z współczesną flâneuse. Nie mogę siebie określić jako pełnoetatowej podglądaczki tłumów, w dzisiejszych czasach byłoby to niemożliwe do osiągnięcia bez posiadania wielkiej fortuny, oceanu wolnego czasu i braku chęci asymilacji wobec innych ludzi. Jednakże flâneur, jako współczesny turysta, podążający do choćby jednego z europejskich miast, bez mapy, przewodników, ani jakiejkolwiek znajomości kultury, topografii i zwyczajów danego miejsca, jest rzeczą stosunkowo łatwą do osiągnięcia i bardzo fascynującą. Z resztą, prawdopodobnie żadna współcześnie żyjąca kobieta nie chciałaby przenieść się dwieście lat wstecz, by zaznać bycia flâneuse – w tamtych czasach było to zajęcie praktykowane wyłącznie przez mężczyzn, kobiety w dziewiętnastym wieku nie miały możliwości swobodnego przechadzania się ulicami miast. Oczywiście, była grupa kobiet, posiadająca przywilej błądzenia bez towarzysza u boku, niestety, stanowiły ją wyłącznie prostytutki.

Analizując moje własne dziedzictwo, z premedytacją zdecydowałam się na literaturę i pozyskaną dzięki niej wiedzę, nawet jeśli ten obszar odstaje od standardowego pojmowania  kwestii dziedzictwa. Swoją postawą chciałabym udowodnić, że dziedzictwo nie zawsze musi ograniczać się wyłącznie do tego, co lokalne, ani empirycznie poznane. Konkretne zachowania, czy kultywowanie tradycji jest piękne, jednak uważam, że wiedza na temat obyczajów, postaw społecznych, czy mody sprzed kilkuset lat, której duża część społeczeństwa zwyczajnie nie jest świadoma, stanowi bogaty zasób, którym należy się dzielić z innymi. Nie każdy ma czas oraz chęć, na poświęcanie znacznej części swojego życia literaturze, warto jednak pamiętać, że to ona, obok rodzinnych tradycji, czy znajomości lokalnych dziejów i legend, poszerza horyzonty i pozwala zrozumieć świat, w którym aktualnie żyjemy.

Autorka: Pola Starczyńska 2017 r.

Data opublikowania: 21.03.2017
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko