Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Skazani na sztukę

Pochodzę z Koszalina, miasta położonego w północno-zachodniej Polsce, w województwie Zachodniopomorskim. Z racji tego, że już od wieku XVII Koszalin należał do państwa pruskiego i dopiero po II wojnie światowej, na mocy ustaleń konferencji w Poczdamie powrócił do naszych granic, jego dziedzictwo jest głównie dziedzictwem niemieckim. Niestety, fakt, że niemieccy mieszkańcy Koszalina zostali w 1947 ostatecznie wysiedleni, a w ich miejsce osiedliła się ludność napływowa z całej Polski, spowodował utratę niematerialnego dziedzictwa tego regionu. Nawet teraz, próbując wrócić pamięcią do lat szkolnych, nie mogę przypomnieć sobie żadnej legendy, czy też tradycji związanej z Koszalinem. Zachowała się głównie architektura. Dlatego też moje dziedzictwo związane jest z moimi przodkami, głównie pradziadkiem, który podobnie jak reszta mieszkańców Koszalina przybył tam wraz z rodziną w latach 50. po wojnie. To on bowiem przekazał nam w genach zdolności artystyczne i zamiłowanie do sztuki i kultury.

Jerzy Niesiołowski, bo tak właśnie nazywał się mój pradziadek, urodził się 5 września 1910 roku w Petersburgu, skąd wraz z rodzicami przeniósł się do Wilna. Po ukończeniu gimnazjum im. Adama Mickiewicza zdał maturę, a po podchorążówce w Lidzie podjął studia na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Stefana Batorego. Niestety na skutek wojny musiał przerwać studia. Powołany do wojska dzielił los tysięcy rodaków. Brał udział w kampanii wrześniowej, uciekł z niewoli, był działaczem AK, aż w końcu trafił do Kaługi, gdzie pracował przy wycince lasów. Na szczęście, pod koniec 45 roku udało mu się uciec i wrócić na pieszo do Torunia. To tam właśnie ukończył przerwane wcześniej studia artystyczne w pracowni profesora Stanisława Borysowskiego. Niemały wpływ miał również na niego Tymon Niesiołowski – ceniony malarz i grafik, pedagog, reprezentant nurtu nowego klasycyzmu w latach 20. Po studiach pradziadek podjął pracę w miejscowym teatrze, gdzie pracował w charakterze scenografa, okres ten wspominał ponoć jako czas gorących dysput o sztuce i pełnych euforii działań w teatrze. Pochłonięty pracą nie miał zbyt wiele czasu na malarstwo, dlatego też, zachęcony listownie przez swojego przyjaciela, przeniósł się właśnie do Koszalina. W nowo powstałym mieście wojewódzkim brakowało bowiem ludzi, którzy ożywiliby scenę artystyczno kulturalną.

Pradziadek okazał się bardzo przydatny w Koszalinie. Był współzałożycielem koszalińskiego oddziału Związku Polskich Artystów Plastyków, któremu przez lata prezesował, zabiegał o mieszkania dla młodych stypendystów Ministerstwa Kultury i Sztuki (ówczesny odpowiednik Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego), którzy do Koszalina zjeżdżali z krakowskiego ASP, a także o działanie Pracowni Sztuk Plastycznych, którą finalnie otwarto. W międzyczasie cały czas tworzył i aktywnie uczestniczył w życiu kulturalnym, wystawiając swoje prace na każdej możliwej wystawie w mieście i na terenie kraju. Najbliższy jego sercu był realizm. Malował głównie pejzaże, bo jak sam twierdził fascynowała go natura, jej barwy i faktury. To właśnie obrazy przedstawiające zacumowane łodzie nad jeziorem, czy polną drogę prowadzącą do domu pamiętam najbardziej z mieszkania moich pradziadków w Koszalinie.

Portret autorstwa Jerzego Niesiołowskiego

Bogdan Niesiołowski, mój dziadek i ojciec mojej mamy, był pierwszym z dwóch synów mojego pradziadka. To właśnie on, jako pierwszy zaczął kontynuować malarską tradycję w naszej rodzinie, bowiem po swoim ojcu odziedziczył talent i niezwykłą umiejętność operowania barwami. Po ukończeniu liceum ogólnokształcącego, zdecydował się na studia na kierunku Malarstwo i Grafika na Gdańskim ASP. Po studiach powrócił do rodzinnego miasta, gdzie podobnie jak ojciec, nie tylko tworzył, ale spełniał się również jako działacz i nauczyciel. Jego prace to głównie obrazy olejne malowane na płótnie, choć nie stronił również od ceramiki.

W przeciwieństwie do swojego pierwszego nauczyciela, pradziadka Jerzego, o wiele rzadziej przedstawiał pejzaże (te które znam, cechuje nierealistyczna, ciemna i mroczna paleta barw), interesowało go głównie ciało. Był członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków. Przez lata związany był również z Ogniskiem Plastycznym, gdzie prowadził zajęcia z ceramiki, rzeźby, rysunku i malarstwa. Tego ostatniego uczył również w koszalińskim „plastyku”, czyli Zespole Szkół Plastycznych, gdzie przez kilka lat sprawował również funkcję dyrektora.

Obraz autorstwa Bogdana Niesiołowskiego

Jedną z uczennic mojego dziadka w ZSP była Iwona Niesiołowska – moja mama. Jak nie trudno się domyślić, ona również kontynuuje tradycję malarską w naszej rodzinie. Po ukończeniu liceum plastycznego i zdobyciu tytułu zawodowego artysta-technik podjęła studia na Poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych na kierunku wzornictwo. Życie rodzinne zmusiło ją jednak do przerwania nauki i powrotu do Koszalina. Mimo że kariera zawodowa mojej mamy poszła w inną stronę, to nadal w wolnym czasie tworzy obrazy i interesuje się sztuką. Jej ulubionym środkiem wyrazu są akwarele.

Akwarela autorstwa Iwony Niesiołowskiej-Szadkowskiej

Moja mama swój talent zawdzięcza jednak nie tylko ojcu, ale również swojej mamie – Halinie Niesiołowskiej. Mimo że moja babcia nigdy nie uczyła się rysunku ani malarstwa jest ich niezwykłą pasjonatką. To właśnie z nią spędzałam wiele z moich dziecięcych wakacyjnych dni w Mielnie, kiedy wraz z innymi członkami Związku Artystów Plastyków wystawiała swoje obrazy na sprzedaż na jednej z wydzielonych ulic. To babcia zabierała również mnie i moją starszą siostrę na plenery do Darłowa, Darłówka, Kołobrzegu. Zabierała nas na wycieczki po antykwariatach w poszukiwaniu albumów malarskich, które stawały się jej inspiracją. Przez długie lata pracowała w Galerii Sztuki. Choć byłyśmy z siostrą jeszcze małe, to przebywanie wśród artystów bardzo nas fascynowało. Przyjaciele babci zawsze opowiadali ciekawe historie i pozwalali nam podpatrywać swoją pracę. Babcia, podobnie jak dziadek, również tworzy głównie obrazy olejne na płótnie. Nie ma jednak tematu, którego by nie poruszyła. W jej mieszkaniu, gdzie obrazy zapełniają większość powierzchni ścian, każdy znajdzie coś dla siebie – od pejzażu, przez akty po martwą naturę.

Halina Niesiołowska i jej obrazy

Na końcu tego drzewa genealogicznego jesteśmy my, czyli ja i moje siostry. Starsza o dwa lata, Olga od dziecka potrafiła spędzać godziny rysując. Rodzice szybko odkryli u niej talent, więc zapisali ją na zajęcia do ogniska plastycznego w Koszalinie. Po szkole podstawowej zdecydowała się kontynuować naukę w gimnazjum należącym do Zespołu Szkół Plastycznych. Jednym z jej nauczycieli, ponownie jak w przypadku naszej mamy, był nasz dziadek Bogdan Niesiołowski. Mimo że odnosiła dużo sukcesów we wszelkiego rodzaju konkursach, postanowiła ukończyć liceum ogólnokształcące. Jej przerwa od zajęć artystycznych nie trwała jednak długo, bowiem trzy lata. Zaraz po liceum dostała się na Gdańskie ASP, gdzie podjęła studia na kierunku Architektura Wnętrz. Choć obecnie, jej praca zawodowa opiera się  głównie na tworzeniu wnętrz w programach komputerowych,  przez cały okres studiów nadal rozwijała swoje umiejętności manualne. Magisterską pracę dyplomową, którą obroniła na ocenę celującą, wykonała w pracowni mebla pod okiem profesor Haliny Kościukiewicz. Był to zestaw mebli niekonwencjonalnych opatrzony nazwą Dmuchawce. Dmuchawce to meble inspirowane otoczeniem. Technologia związana z użyciem piany poliuretanowej pozwoliła Oldze na zaprojektowanie i własnoręczne wykonanie produktów o nietypowym charakterze wizualnym. Nazwa wzięła się od procesu "nadmuchiwania" mebli. Jej projekt otrzymał wyróżnienie w konkursie na Najlepszy Dyplomy ASP na GDYNIA DESIGN DAYS.

 

Olga Szadkowska i jej zestaw mebli Dmuchawce

W roku 2000 na świat przyszła moja młodsza siostra – Pola. Obecnie uczy się w tym samym liceum co ja i moja starsza siostra, czyli I Liceum Ogólnokształcącym im. Stanisława Dubois. Przed wyborem szkoły średniej miała jednak poważny dylemat, ponieważ chciała podjąć naukę również, we wspomnianym wcześniej plastyku. Ona także od najmłodszych lat przejawia talent malarski. Swoje umiejętności szkoli obecnie pod okiem dr Rafała Podgórskiego w Atelier Miniatura. Swoją przyszłość wiąże bowiem, podobnie jak Olga z architekturą.

Zakończeniem mojej pracy będzie krótka historia o mnie. Dorastając w rodzinie z tak silną tradycją malarską nieuniknione było, że wpłynie to również na mój rozwój zainteresowań i mnie ukierunkuje. Choć nie jestem całkiem pozbawiona talentu malarskiego, to jednak zawsze bliższy memu sercu był teatr i muzyka. Później zaczęłam się również interesować szeroko rozumianą sztuką współczesną, architekturą, fotografią. Po pradziadku odziedziczyłam też umiejętności organizacyjne i chęć do działania. Podjęcie studiów licencjackich z zakresu Zarządzania Instytucjami Artystycznymi na Uniwersytecie Gdańskim było więc naturalnym wyborem. Podczas odbywania kolejnych staży utwierdziłam się w przekonaniu, że najlepiej spełniam się jako organizator właśnie wydarzeń artystycznych (organizacja festiwali, koncertów). To skłoniło mnie do kontynuowania edukacji na kierunku jakim jest Zarządzanie kulturą i mediami w mieście, które od zawsze było bardzo ważnym ośrodkiem kulturalnym w naszym kraju. Próbując odpowiedzieć  na pytanie „Czym jest moje dziedzictwo?” nasuwa mi się na myśl tylko jedna odpowiedź. Moim dziedzictwem jest zapach terpentyny i widok schnących farb na sztalugach. To także rozmowy o sztuce i kulturze i kreatywne spędzanie czasu. To wrodzone przywiązywanie wagi do wartości estetycznych nie tylko w dziełach, ale przedmiotach codziennego użytku.

Autorka: Nela Szadkowska 2017 r.

Data opublikowania: 21.03.2017
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko