Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Moje dziedzictwo jest w moim nosie

Jestem wąchaczem. Rasowym wąchaczem wszystkiego co wydziela jakiś zapach. Moja mama i babcia także. Każdy przedmiot w moim życiu miał jakiś zapach, każda część wszystkich najważniejszych ludzi, począwszy od torebki do zapachu szamponu do włosów. Nawet każde moje wspomnienie ma jakiś zapach, zwłaszcza to najbardziej odległe. 


Zamykam oczy i jestem u babci w domu. Wbrew pozorom nie pachnie tam ciastem, ani obiadem. Nie jest to zapach zwykłego domu, takiego jak z książek gdzie pachnie dobrem, ciepłem i miłością. Wchodzę przez drzwi wejściowe i uderza mnie zapach zimnych kafli podłogowych w kolorze jasnego marmuru. Ogromne płytki leżą nieruchomo na ziemi, są nieco groźne – zresztą do tej pory pachną dystansem, wyniosłością jakby zapraszały w miejsce, które absolutnie nie jest przeznaczone dla dzieci. Kucam, rozwiązuję buty i nagle podłoga pachnie mydłem i cytryną, moje buty błotem i uśmiecham się. Zdejmuję kurtkę i idę do kuchni, w której jest dziadek, bo jestem tą wnuczką od dziadka, tą łobuziarą która się nie boi męskich spraw. Daleko mi do robienia na drutach i wykrawania maślanych ciasteczek. 


W kuchni wszystko wyłożone gazetami, dziadek w fartuchu niedawno wrócił znad jeziora. Tymczasem na stole leżą surowe ryby, które trzeba wypatroszyć. Ten zapach także dobrze znam, kojarzy się z mułem, z rzeką, z jeziorem o świcie, z gumowcami dziadka. Wyciągamy wnętrzności z ryb, dziadek wszystko mi tłumaczy, ważne żeby nie uszkodzić woreczka z żółcią bo ryba będzie gorzka. Trochę pachnie krwią, trochę octem i większość ludzi uważa, że to straszny, odrzucający smród. Ale nie dla mnie, dla mnie to zapach chwil z dziadkiem, kiedy nie brzydziłam się zrobić niczego, kiedy wszystko robiło się „po prostu”.


Idę umyć ręce, w łazience u babci pachnie świeżym praniem, nie dlatego że niedawno było robione ale dlatego, że w kilku miejscach stoją małe spodeczki, na których jest wysypane trochę Dosi, tej starej z pomarańczowego opakowania. Jest najczyściej na świecie. Chemiczny zapach wżera się w nos, jest nawet hipnotyzujący. Zamykam oczy i czuję jakbym sama się prała, chcę wziąć ten proszek i wyczyścić nim cały świat, ale to nie jest najważniejsze wspomnienie z łazienki u babci. Dużo ważniejszy jest smukły flakonik, wyglądający trochę jak balowa suknia w kolorze atramentu. Doskonale wiem, co w nim jest i doskonale wiem, że nie wolno mi dotykać, że jeżeli dotknę babcia się dowie. 


Skrzętnie wymyślam więc strategię. Proponuję babci zabawę w kosmetyczkę – babcia oczywiście się zgadza bo to dziewczyńska zabawa „a nie tam w rybach będziesz grzebać, fu”. Przynoszę cienie do powiek, puderniczkę, jakiś krem, czarną kredkę do oczu, grzebień i niebieski flakonik. Chcę go użyć jako pierwszy ale boję się, że babcia mnie przejrzy. Staram się więc, męczę i pocę udając, że podoba mi się ta zabawa. Kiedy kończę mówię babci, że jeszcze tylko perfumy. Babcia się zgadza. Zdejmuję korek i pryskam. Do mojego nosa dociera bardzo ostry zapach, zadusza mnie, krzywię się ale zmuszam do jeszcze jednego psiku za drugim uchem, bo tak trzeba. Robi mi się niedobrze i kończymy zabawę. Sprzątam wszystkie kosmetyki i jest mi tak strasznie przykro. Do dziś pamiętam jak bardzo byłam rozczarowana, jak wiele oczekiwałam od tej niebieskiej buteleczki i jak bardzo ona mnie skrzywdziła. Pani Walewska miała być piękna a okazała się za trudna dla mojego niewprawionego nosa. Ciężka, dusząca, stara i tak bardzo smutna.


Z perspektywy czasu wiem, że właśnie od tego dnia kiedy miałam jakieś 5 lat rozpoczęło się moje bardziej świadome wąchanie. Chciałam czuć jak najwięcej i jak najwięcej zapachów zapamiętywać, zupełnie naturalnie cała moja rodzina mi w tym pomagała. Najbardziej babcia i mama, które pokazywały mi różne kosmetyki, środki czystości, perfumy i jedzenie. Ale wiem, że także tata i dziadek to robili, zabierając mnie na spacer do lasu, żebym mogła wąchać drzewa i mech. Zabierając mnie do stolarni gdzie pachniało klejem i wiórami. Gdzie pachniało materiałem do obijania mebli i ścinkami gąbki tapicerskiej. Pachniało też smarem i olejem do maszyn i różnych rodzajów pił. Pomieszanie tych aromatów jest jedyne w swoim rodzaju, nie da się go z niczym pomylić i nie da się go zapomnieć.


Najwyraźniejsze wspomnienia mam z przygód z dziadkiem, zawsze były niezwykłe i takie nietypowe, „niedziewczyńskie”. Dziadka ręce zawsze pachniały pietruszką. Taką świeżą, wykopaną prosto z wilgotnej ziemi na naszej działce, zawsze miały grubą i popękaną skórę wokół paznokci. Kiedyś myślałam, że trzeba mieć właśnie takie ręce, żeby tak pachniały ale to nie jest prawda. Teraz kiedy kroję pietruszkę do rosołu pachnę tak samo.


Wącham palce i znowu mam 6 lat, jestem z dziadkiem na działce – dziadek pracuje. A ja gotuję zupę z błota w starym wiadrze. Błotna zupa jest bardzo gęsta i bardzo czarna, pachnie szczypiorem i cebulą, no i najważniejszym składnikiem – ziemią. Taką chłodną, wiosenną i twardą. Nabieram ją dziecięcą łopatką, wrzucam do metalicznego wiadra i schodzę do piwniczki. Wyciągam kilka cebul, obieram je i machinalnie szczypią mnie oczy. Wrzucam do ziemi, zalewam krystaliczną wodą ze studni i jestem zdziwiona, że woda też może pachnieć, choć doskonale to wiem. Mieszam całość i kolejny raz czuję smród. Zrywam kwitnące tulipany i żonkile ale tylko te żółte bo żółte mają moc i będą pięknie wyglądać w zupie. Nie mają żadnego zapachu – ale wyobrażam sobie, że mają i jest to zapach słońca. Takiego słońca dotykanego z bliska. Mieszam wszystko dokładnie i dalej śmierdzi ale nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie, nawet mam ochotę zanurzyć ręce i też pachnieć błotem. Dziadek pozwala mi na to, bo z dziadkiem wszystko było mi wolno. Wkładam ręce po łokcie i zimna maź oblepia mnie, czuję się jak w niebie bo mam wszystko czego potrzeba dziecku. Bezpieczeństwo. Miłość. Dobrą zabawę i dużo brudzenia się.


Zresztą takie uwielbienie do ziemistych zapachów pozostało mi do dzisiaj, uwielbiam zapach kredy, czerwonej herbaty i nawet kociego żwirku wprost z opakowania.


Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, mam 25 lat i moi dziadkowie wciąż robią te wszystkie pachnące całym moim życiem rzeczy, chociaż babcia nie używa już Pani Walewskiej. Teraz używam jej ja, tak po kryjomu i cichaczem, gdy wiem, że nie będę wychodzić wieczorem z domu. I jestem wtedy starszą panią, bardzo elegancką mającą swoją historię, którą da się opowiedzieć. Chociaż na kilka chwil, nie żyję w tych czasach, ale jakieś 15 lat temu…


Zastanawiając się nad tym, co jest moim dziedzictwem przyszło mi do głowy jeszcze kilka innych ważnych rzeczy – gry komputerowe, w które gram namiętnie bo są magią, w której można uczestniczyć a ja potrzebuję dużo magii, aby normalnie funkcjonować. Aby kolejny raz czuć się kimś innym chociaż bardzo lubię swoje życie, swoją pracę w księgarni, swoje kolejne studia, które świadomie wybrałam i nie są przykrym obowiązkiem. Ale najbardziej lubię wracać do domu i grać z bratem w gry, mimo że jest dziesięć lat młodszy i już lepszy ode mnie. 


Moje dziedzictwo jest w moim nosie, jest w każdym smrodzie błota, każdej patroszonej rybie, każdym zapachu plastra, który odkleił się od rany i w każdym bólu nadgarstka i szyi. Bo świadczy o moich przygodach, o mojej rodzinie i moich wspomnieniach. Czasem myślę, że moje dziedzictwo zapachowe mnie ukształtowało, że wpłynęło na mój charakter i w zasadzie dalej na niego wpływa. Nie boję się, że o nim zapomnę, nie boję się, że to dziedzictwo „przepadnie” – w pewnym stopniu wciąż mogę je przywoływać. Powtarzać i utrwalać. Jest w mnie i jest mną, ożywia się za każdym razem gdy znów poczuję konkretny aromat. Ożywia się z każdym wspomnieniem.

Autor: Anonim 2017 r

Data opublikowania: 08.03.2017
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko