Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Fragmenty przeszłości

103-letnia siostra Maria w filmie „Wielkie Piękno" Paula Sorrentino, pyta głównego bohatera Jepa: - Wiesz, dlaczego codziennie jem korzenie?  Po pauzie zamyślenia odpowiada jemu i sobie: - Bo korzenie są ważne. Jest to jedna z kluczowych scen, która choć została ukazana z nutką humoru, stanowi swoisty punkt zwrotny. Jep wyrusza w podróż do miejsca, które wpłynęło na jego „tu i teraz". Tym miejscem jest Rzym.

Żeby pójść śladami Jepa i poszukać korzeni muszę sprecyzować czym jest moje dziedzictwo kulturowe. Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy to piękny wiejski domek moich dziadków. Spotykała się tam cała rodzina. Wujkowie, ciotki, bracia wujeczni, stryjeczni, a czasem bracia babci i ich dzieci. Jednym słowem bywało gwarno. Wielka lipa po środku, a obok nieużywana stodoła i piwnica która kiedyś służyła za lodówkę. Niedaleko las, a wokół rozlane pola. Utkwił mi w pamięci także przydrożny pień przy którym ludzie spotykali się czekając na obwoźny sklep.

Gwara

Pamiętam jak śmiałem się z babci, kiedy mówiła, że zładuje mi jedzenie. Mieszkańcy Kolonii Zaraszów mówili już dosyć czystą polszczyzną, ale pozostały pewne naleciałości i zaśpiewy. Moja młodzieńcza drwina po pewnym okresie przerodziła się w fascynację. Przecież nie od dawna wiadomo, że język wpływa na nasz sposób myślenia. A czym jest gwara, jak nie terytorialną odmianą języka ogólnego.

Czasym warto spojrzyć i łopisać świat z inny strony. Takży ni śmijcie sie jak jj kto łużywa. Ło to co pisze, to ni dobre całkiem. Ni mom już od kogo się łuczyć. Głównie próbuje czasem zdybać zasady w internecie i to co pamintom. Jeśli się tera nie łocali tygo łod zapomninia to późni bedo marne szanse na ji łodtworzynie. Niektórzy spisujo takie np. historie:

Tam za Bychawo, w Zarasowie. No uun był, jak to, uun był bidny cy... Tak, a ona była bogato, ta panna. I zakochali się. No ji tak chodzili, no potem uuna już se do ślubu suknie syła. Bo była swocku. A uun przyseł. I zacyny się rozmowiać_bo te uojcowie wyjechały do miasta. Jak się dogodały, tak wyjun brauning_wziun ju ji zastrzelu. A potem ji siebie jeszcze. Ale ze ju ni na scynt, bo mu skoda było, a siebie na_scynd_zastrzelu. I puźni, jechali z niu do śpitola, to jesce wołała: dzie Janek! Dzie Janek! Ale dowieźli do śpitala, ji uumarła. To je prawdziwe o to. No. [Lublin Pamięć Miejsca]

Sam pochodzę z dosyć dużej wsi pod Lublinem. Niestety tutaj przejawów gwary w życiu codziennym już nie doświadczyłem. Pozostały jedynie pojedyncze słowa lub charakterystyczne zaśpiewy. Na Lubelszczyźnie możemy wyróżnić trzy zespoły dialektalne.

Następnie możemy wydzielić mniejsze zespoły gwarowe. Za najbardziej reprezentatywną dla regionu, za dialektologiczne serce Lubelszczyzny, można uznać gwarę obszaru wyznaczonego z grubsza przez takie miejscowości, jak Łęczna – Lublin - Opole Lubelskie - Janów Lubelski. [Charakterystyka językowa lubelszczyzny]. Obie wsie mojego dzieciństwa należą właśnie do tej grupy. Najważniejsze zasady to zamiana e na y po twardych spółgłoskach oraz e na i po miękkich. Na przykład moja babcia mówiła: Trza iść po mliko i chlib bo zaraz będzie dyszcz. Labializacji uległa samogłoska o. Czyli nie O! a łO! Ą niektórzy zamieniali na un tj. ksiunżka. Jedno z najbardziej charakterystycznych chyba na całej Lubelszczyźnie jest twarde l przed i. Wtedy Lublin w wymowie jest Lublynem.

Podpłomyk

Idąc śladami wspomnień przypomniałem sobie jak moja babcia robiła czasem podpłomyki. Zapamiętałem je jako najlepsza rzecz na świecie. Zainspirowało mnie to do zrobienia go w domu. Niby proste. Nie mniej jednak oryginał wymaga pieca kaflowego, który nie osusza tak jak piekarnik. Musiałem zatem trochę zmodyfikować całą procedurę. Wlałem na dolna blachę trochę wody. Dzięki temu uzyskałem podobny efekt aczkolwiek nie taki sam jak babciny. Jednak za suchy. Jednak bez mleka prosto od krowy. No i tak dobrze nie wyrósł. Być może była to też wina źle przygotowanych drożdży. Może źle odtworzyłem przepis.

4 dag drożdży

35 dag mąki żytniej

35 dag mąki pszennej

1/4 l letniej wody

1/8 l letniego mleka

1 łyżeczka soli

może być jeszcze łyżka kminku, kolendry lub rozmarynu

Jest to słowiańskie dobro kultury, w obu znaczeniach słowa dobro. Kiedyś podpłomyki jadło się przed zrobieniem chleba. Procedura była taka sama ale dzięki temu, że były mniejsze szybciej się piekły i szybciej stygły. Następny do kulinarnego eksperymentu będzie cebularz.

Biały śpiew

Moja babcia zawsze pięknie śpiewała białym ale nie krzykliwym głosem. Opowiadała o tańcach i jak poznał ją na nich dziadek (w ogóle historie i humor rodzinny to temat na oddzielną pracę). Wszyscy jej synowie i córki, czyli moi wujowie i ciotki, chwalili się tą umiejętnością przy możliwych okazjach. Zaczynali śpiewać a capella tradycyjne pieśni na każdym rodzinnym weselu, kiedy tylko kapela robiła sobie przerwę. Jej wnukowie tej tradycji nie przejęli. To już pokolenie radia kiedy muzyki raczej się słucha niż wyraża. Kiedyś w wakacje, przepełniony ciekawością wybrałem się rowerem na Ogólnopolski Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym. Poszedłem na warsztaty białego śpiewu. Jest rodzajem śpiewu archaicznego polegającym na wydobyciu potężnego, przeponowego głosu nazywanego też często śpiewokrzykiem lub śpiewem tradycyjnym . Dlaczego biały? Bo daje wrażenie jasności, mocy, przeszywa wibracjami. [Śpiewoluby] Jest to naturalna technika, która używa jak największej liczby dostępnych człowiekowi rezonatorów. Jest to śpiew nie wyuczony ale organiczny. Dlatego podstawowym krokiem do użycia tej techniki jest pozbycie się blokad w ciele. Pozwala na wolną ekspresję emocji. Jest ich katalizatorem. Warsztaty były za krótkie abym mógł stać się specjalistą, ale i tak doświadczyłem na nich energetyzujących właściwości głosu oraz tego jak śpiew może uwalniać.
 

Taniec ludowy

Zespoły ludowe uznawałem za cepelię w negatywnym rozumieniu tego słowa jako wyrób pseudoludowy. Uładzone, sformalizowane, przewidywalne i często ocierające się o granice kiczu. Mój stosunek również tutaj zmienił się pod wpływem doświadczenia w działaniu. Studiując w Lublinie postawiłem sobie za cel, że po licencjacie dostane się do szkoły aktorskiej. Musiałem w tym wypadku nadrobić zaległości muzyczne i taneczne. Chciałem być bardzo dobrze przygotowany, a jednym z wielu wymogów była znajomość podstawowych elementów tańca ludowego. Zapisałem się zatem do Zespołu Pieśni i Tańca „Jawor". Na początku sceptycznie nastawiony, potem opanowałem podstawy i zaprzyjaźniłem się z moją poczatkującą grupą. Nagle wszystkie hołubce, podskoki i wywijasy zaczęły sprawiać mi radość. Stworzył się zespół i cała cepelia znikała podczas prób. Bo przecież te tańce były kiedyś nieodzowną częścią życia towarzyskiego a nie choreograficzną wydmuszką. Moimi osobistymi kryteriami jakości danej grupy tanecznej są: zaangażowany i zgrany zespół który potrafi bawić się rysunkiem scenicznym, brak krygowania się u odtwórców, miejsce na improwizacje, mało geometryczny rysunek. Niemniej jednak przygoda z zespołem ludowym nie trwała długo.

W późniejszym okresie mojej edukacji doświadczyłem czegoś głębszego. Największą przygodę folkową przeżyłem na Ogólnopolskich warsztatach folklorystycznych w Domu Tańca Scholi Teatru Węgajty. Po zapoznaniu się z podstawami w pierwszych dniach warsztatów w szkole muzycznej, pojechaliśmy w ostatni dzień do drewnianego domku w którym mieścił się teatr. Tam odbył się interaktywny spektakl który trwał cały wieczór. Była to rekonstrukcja w pełni. Nie izolowana. Stara chata, a w niej opowieści, jedzenie, muzyka no i tańce. Atmosfera miała charakter nieokreślonej pierwotnej metafizyki. Przenieśliśmy się dosłownie w inny świat.

Innymi przykładami żywego folkloru, których jeszcze nie eksplorowałem, ale zamierzam są Domy tańca. Powstawały one w opozycji do oficjalnego obiegu: zespołów folklorystycznych, dożynek powiatowych, muzyki biesiadnej itp. Domy tańca w Polsce wzorowane były na węgierskich Tanchazach i ruchu Roots revival . Czerpią inspirację z żywej muzyki oraz z nagrań w archiwach prywatnych i państwowych, współpracują z etnografami i etnomuzykologami z uniwersytetów i PAN [Dom Tańca]. Dodatkowo prowadzą warsztaty muzyczne i taneczne, organizują koncerty i potańcówki z udziałem wiejskich muzykantów.

Problem jaki próbuje rozwiązać Stowarzyszenie, to powszechna bariera obcości wobec własnej tradycji. Wynika ona przede wszystkim z braku jej znajomości. Tradycyjna kultura wsi jest dla większości Polaków czymś obcym. Wyobrażenia z nią związane prowokują uczucia skrajne - od naiwnego zachwytu do totalnego odrzucenia. U źródeł takich reakcji leżą często stereotypy powstałe w czasie, gdy zniekształcony folklor był używany jako narzędzie propagandy. Naszym sposobem na nieuleganie im jest ukazywanie tradycji w formie niestylizowanej, jako czegoś co jest żywe, czym można się nadal cieszyć, co może nadal inspirować, mimo zmian jakie zachodzą w otaczającym nas świecie. [Stowarzyszenie Dom Tańca]

Teraz Warszawa

W całej tej podroży robię przestrzenną rewoltę. Z Lubelszczyzną po jakimś czasie się pożegnałem. Zanim dotarłem do mojego „tu i teraz" miałem na koncie styczność jeszcze z kilkoma innymi regionami. Obecnie mieszkam w Warszawie. Nie czuje jeszcze, że jest to tak zwane „moje miasto". Uważam, że w większości jest dosyć brzydkie, zaniedbane, nieskładne, panuje tu urbanistyczny bałagan oraz dyktatura deweloperskich tandeciarzy. Miasto zbudowane dla słoni i samochodów. Żeby się z nim zaprzyjaźnić przy aranżacji wynajmowanego mieszkania razem ze współlokatorką powiesiłem w ramkach pocztówki starej Warszawy na jednej z niewielkich ścian w kuchni. Zdarliśmy również farbę obramowań, wyeksponowaliśmy woskiem do drewna sęki i linie drzewa tworząc tym samym efekt opalonych framug które zostały odkopane spod leciwej farby.

Degrengolada przestrzenna sprawiła, że zakochałem się w micie przedwojennej Warszawy. Chociaż uwielbiam również gdy buduje się nowoczesne perełki współgrające z otoczeniem to jednak moje oko najbardziej cieszy się gdy znajdę klimatyczny, kameralny i historyczny kawałek miasta. Dlaczego uważam, że takie dziedzictwo jest ważne? Dlaczego mnie to tak przejmuję również w ogólnopolskiej skali? Właściwie nie tylko mnie, bo zbadań wynika, że dla wszystkich Polaków:

- estetyka otoczenia wywiera istotny wpływ na samopoczucie ludzi i ich pracę. Prawie wszyscy akceptują stwierdzenie, że ładna zabudowa i otoczenie sprawiają, że ludzie lepiej się czują, a ponadto – że lepiej się pracuje, jeśli miejsce pracy ładnie wygląda (po 98% wskazań).

- niemal powszechnie deklarują, że odczuwają przyjemność, kiedy patrzą na dobrze zachowane zabytkowe budowle (96%). [Komunikat z badań CBOS]

Przestrzeń architektoniczna ma wpływ na stan psychiczny jednostki i biologiczne funkcjonowanie organizmu, jak również na zachowania i działania ludzi oraz relacje interpersonalne. [A. Czumowicz "Socjologia architektury"] Winston Churchill powiedział kiedyś „Najpierw to my kształtujemy nasze budynki, ale później to one kształtują nas".

We wspomnianym Wielkim Pięknie Sorrentino, Jep uczy się podczas swojej podróży, żeby nie zapominać o swojej przeszłości, żeby się nie poddawać i cały czas poszukiwać piękna które koi nasze duchowe i egzystencjalne pragnienia. Dziedzictwo kulturowe to piękno które wypracowali nasi przodkowie. Warto zatem o nie dbać i nie zmarnować tego co nam pozostawili.

Na koniec zatem moja osobista lista kameralnych i nieznanych miejsc Warszawy, które odkryłem. Mam nadzieje, że niedługo się powiększy: niektóre miejsca Żoliborza (przede wszystkim Żoliborz Urzędniczy), niektóre uliczki wokół Placu Konfederacji, ulica Morszyńska (nad fosą fortu), obszary Saskiej Kępy (np. ulica Francuska).

Autor: Anonimowy 2016 r.

Data opublikowania: 16.02.2016
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko