Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Moje dziedzictwo, czyli o losach pewnej kołyski

Niespodziewane zapytanie o dziedzictwo pociąga za sobą trudną do zdefiniowania ciszę. Niełatwo stwierdzić czy owe chwilowe zawahanie jest spowodowane pośpieszną analizą najważniejszych zabytków rodzimego miasta, czy też nerwowym przeszukiwaniem pamięci w celu odnalezienia miejsca ważnego dla mnie, z wyłączeniem warunku o konieczności jego ogólnej, powszechnie uznanej wartości. Zerkam na temat po raz kolejny: moje dziedzictwo. Moje. A więc pomińmy wszystkie, jakże dostojne zabytki naszego Krakowa (bynajmniej ich nie odrzucam – cóż za zaszczyt pochodzić z królewskiego miasta – sic!) i pomińmy nawet herbowe dzieje mojej rodziny, które jakkolwiek zaszczytne, nie są mi dane w sposób bezpośredni i tym samym nie mogą, mimo chęci, wzbudzać we mnie z całą pewnością należnych sobie emocji. Zresztą nie od dziś wiadomo, że detale przemawiają mocniej, szczegół niesie w sobie siłę perswazji, która pozostaje poza jakimkolwiek zasięgiem wielkich historii, światowych dziejów i masowych tragedii. Emocje uparcie działają na przekór liczbom, nie dając się zamknąć w jakikolwiek wcześniej ustalony wzór. Dzięki temu moja historia o kołysce może bezwstydnie stanąć obok opowieści o znacznie szerszym zakresie i większej istotności dla losów świata.
 
Jak już więc powiedziałam opowieść będzie o kołysce, kołysce drewnianej, kołysce już nieistniejącej, niewielkiej drewnianej kołysce dla lalek, której dalsze losy pozostają (i pozostaną) nieznane. Moim celem nie jest czynić z niej jakikolwiek symbol; nie chcę pławić się w zbędnym patosie, którego można by się spodziewać po początku mojej opowieści: kołyska pozostanie jedynie kołyską i nie chcę by była czymkolwiek więcej; może jedynie pretekstem, skojarzeniem, zagubionym przedmiotem stworzonym dłońmi, których anonimowe dla historii losy wpisane jednak zostały w bieg dziejów. I uprzedzając fakty: przez te dzieje zostały gwałtownie przerwane.
 
Całe swoje życie mieszkam na Dąbiu – osiedlu dzielnicy drugiej, które może się poszczycić tytułem jednej ze starszych części Krakowa. Oprócz tego swoje przechwałki mogę kontynuować opowieścią o lokalnej historii: to tu Szwedzi mieli swój obóz podczas słynnego Potopu, to tu witano Jana III Sobieskiego po wiedeńskim zwycięstwie i to również tu Franciszek Józef I dokonał przeglądu swoich wojsk – tu na Dąbiu właśnie, gdzie do XVII wieku rósł dębowy las, następnie sprzedany na wyrąb, którego pamięć kryje się w samej nazwie osiedla. Jednak mówiąc o Dąbiu mało kto wspomni o Szwedach, Janie III Sobieskim czy tym bardziej Franciszku Józefie. Co więcej, mało kto wspomni nawet o dębowym lesie. Skojarzenie w przypadku Dąbia jest jednoznaczne: Dąbie = Ofiary Dąbia. Odniesienie to jest na tyle wyraźne, że nawet jedna z głównych ulic osiedla, jak również jeden z dwóch tramwajowych przystanków, noszą właśnie taką nazwę. Jeszcze jeden przykład polskich skłonności do lubowania się w przesadnej martyrologii poprzez stawianie jej wszechobecnych pomników, choćby w formie tramwajowych przystanków. A co: treść uwzniośla i formę!
 
Ulica Ofiar Dąbia nie jest jedynym przykładem obecności czasów wojny na dębowym osiedlu: na mapie odnaleźć można również ulicę Na Szaniec, dla której nazwy inspiracją były oczywiście „kamienie przez Boga rzucane na szaniec" popełnione przez Aleksandra Kamińskiego. Co ciekawe, owa nazwa została stworzona 14 czerwca 1991 r., kiedy to wydano ustawę o zmianie nazw niektórych krakowskich ulic i placów. Wcześniej Na Szaniec nosiło nazwę Nadieżdy Krupskiej – żony Lenina. Fakt mówi sam za siebie – dziedzictwo lat wojennych jest w przypadku Dąbia na tyle mocne, że całkowicie naturalne było, aby w nowej nazwie ulicy nawiązać do historycznych wydarzeń. Nie bez podstaw rozwijam tę kwestię, a owe podstawy można odnaleźć w temacie eseju: „moje dziedzictwo",  a z pewnością jest nim nazwa ulicy, na której mieszkam od przeszło 20 lat.
Kontynuujmy jednak opowieść: na razie ustaliliśmy, że okres wojenny odgrywa duże znaczenie w historii i tradycji Dąbia. Zanim jednak przejdę do samej pacyfikacji, warto zaznaczyć, że nie zaszła ona bez przyczyny. Mieszkańcy Dąbia czynnie uczestniczyli w oporze przeciwko hitlerowcom: tworzono na terenie osiedla zarówno komórki Armii Krajowej, jak i zespoły tajnego nauczania. Okupanci starali się zwalczać niepożądaną aktywność poprzez aresztowania i akcje pacyfikacyjne, które miały miejsce na Dąbiu jeszcze przed najbardziej znaną akcją z ostatniego roku wojny. Wszystkie wcześniejsze wydarzenia wykreowały określony, podejrzany w oczach okupanta, wizerunek osiedla, który przyczynił się w konsekwencji do ostatniej masakry z 15 stycznia 1945 roku. I to ostatniej nie tylko w przypadku Dąbia. Pacyfikacja Dąbia była ostatnią zbiorową egzekucją Krakowa. Zaledwie kilka dni przed „wyzwoleniem" miasta przez Armię Czerwoną.
 
Tego dnia niemieccy funkcjonariusze obstawili całą dzielnicę, pukano do domów, chcąc spędzić całą ludność w jedno miejsce. Następnie wszystkich wylegitymowano i wybrano, najprawdopodobniej nieprzypadkowe, pięćdziesiąt osób. Według źródeł byli to ludzie prowadzący podziemną działalność lub spokrewnione z wcześniej aresztowanymi mieszkańcami Dąbia. Do tej grupy dołączyło trzydzieści osób przewiezionych z więzienia Montelupich. Wszystkich po kolei, w dwudziestoosobowych grupach, prowadzono w okolice wału wiślanego, kładziono ich na ziemi, po czym strzelano do nich serie z karabinów maszynowych. Zginęło siedemdziesięciu dziewięciu wybranych. Jeden mężczyzna, po nieudanym strzale skutecznie udając martwego, ocalał i zdołał uciec po odjeździe Niemców. Zabitych pochowano w miejscu egzekucji, dopiero później dokonano ekshumacji i ponownie pogrzebano ciała na Cmentarzu Rakowickim, gdzie zbiorowy grób przyozdobiony rzeźbą orła i oznaczony nazwiskami poległych do dnia dzisiejszego pozostaje miejscem zbiorowej pamięci.
 
Przy bulwarach wiślanych, w miejscu egzekucji, znajduje się zaś krzyż – Pomnik Ofiar Dąbia, pod którym każdego roku odbywają się uroczystości na cześć zamordowanych: składane są kwiaty, zapalane znicze, a dzieci uczą się patriotyzmu w oparciu o lokalny przykład. W ramach programu Rady Miasta Krakowa – „Edukacja patriotyczna dla szkół Krakowa" działa program „Strażnicy Pamięci", który polega na podejmowaniu się przez dzieci i młodzież opieki nad miejscem pamięci znajdującym się najbliżej ich szkoły. W ów program włączyły się dwie lokalne placówki na Dąbiu, które swoją kuratelą objęły właśnie Pomnik Ofiar Dąbia. W ramach programu organizowane są również coroczne obchody pacyfikacji, które przyjmują zarówno formę apelu, wystawy pamiątek, czytania wierszy, zapoznawania się z wojskowymi pieśniami, jak i tworzenia własnych albumów czy też uczestniczenia w konkursach. Wszystko w celu podtrzymania pamięci, ożywienia wydarzeń, które w innym razie stałyby się jedynie nudną datą, którą należy się nauczyć na sprawdzian z historii.
 
Sam program działa dopiero od 2011, jednak i ja wyławiam z pamięci coroczne apele związane z tragiczną historią Dąbia, które miały uczyć dzieci patriotyzmu przez losy Małej Ojczyzny; nie abstrakcyjny ogół, ale konkretny, najbliższy przykład ucieleśniony w stojącym na osiedlu krzyżu, dokładnie tam, gdzie owe historyczne wydarzenia miały miejsce.
 
Teraz jednak chciałabym nadać tej historii rys jeszcze bardziej konkretny, chciałabym uszczegółowić ją do nieprzyzwoitego poziomu, rysując uparcie obecny obraz kołyski, który powraca za każdym razem, gdy tylko zaczynam myśleć o opisanych wydarzeniach.
 
Babciu mieszkałaś na Dąbiu, gdy TE wydarzenia miały miejsce? – pytam w poszukiwaniu punktu zaczepienia po jednym ze styczniowych apeli. 
Oj nie, nie. Wtedy mieszkaliśmy jeszcze na Kazimierzu, dopiero jak w latach 60. zbudowali stopień wodny Dąbie, to zaczęli również budować nowe osiedle mieszkaniowe na Dąbiu i wtedy zdecydowaliśmy się tu zamieszkać. 
 
Przez chwilę patrzę rozczarowana – niewinnie naburmuszone dziecko, które liczyło na historie z dawnych, minionych czasów, stanowiące niepodważalny obowiązek i niemalże przepisowy, odgórnie nałożony nakaz każdej babci i dziadka. Na równi z czytaniem bajek. Babcia jednak kontynuuje.
 
Ale zdarzyło mi się bywać na Dąbiu, będąc dzieckiem. Małym dzieckiem. Niewiele pamiętam – dodaje pośpiesznie, widząc zbytni entuzjazm w moich oczach.
 
Cierpliwie oczekuję na historię, dając Babci czas na odtworzenie minionych wydarzeń. W gruncie rzeczy jednak to, co ostatecznie zostaje mi przedstawione ciężko nawet nazwać historią – to wyłącznie pewien obrazek, drobny detal, który w pamięci Babci nieodwołalnie kojarzy się z wydarzeniami stycznia '45 na Dąbiu, jednak ciężko nazwać go opowieścią w stylu tych, które czyta się w książkach i na które zniecierpliwione dziecko zapewne liczyło.
 
Jednak ten właśnie nic nie znaczący detal, obrazek, który utracił swoją ciągłość, a przetrwał zapewne jedynie dzięki swojemu kontekstowi, miał od tej pory na stałe stać się dla mnie uosobieniem wydarzeń, w których tak naprawdę nie odegrał żadnej roli i równie dobrze mógł się nigdy nie zdarzyć.
 
Po chwili Babcia wznawia opowieść. Zaczyna od wskazania na czas wydarzeń, ciężki czas wojenny, w którym dostęp do czegokolwiek był niezwykle trudny. Wielokrotnie powtarza, że nie jest w stanie dokładnie odtworzyć wszystkich wypadków, gdyż była wówczas małym dzieckiem. Jej słowa są zapewne w dominującej większości przekazywaniem tego, co sama usłyszała później od swojej matki, i daleko im do osobistych wspomnień. W końcu włącza w historię pewną rodzinę mieszkającą na Dąbiu. Bliscy znajomi mamy, bywały u nich czasem. Oczywiście niewiele pamięta, żadnych twarzy, żadnych szczegółów. Suchy fakt, który zapewne nigdy by nie przetrwał, gdyby nie wydarzenia, które nadeszły później. Tragedie mają już tę skłonność, że w zaskakujący sposób poprawiają pamięć, w przeciwieństwie nawet do wielkich radości. Nie świadczy to dobrze o kondycji człowieka, ale zostawmy dygresje na boku i wróćmy do wspomnianej rodziny: mąż, żona, dzieci (chwila zastanowienia) – mieszkali na Dąbiu. On – stolarz. Żona – nie pamięta.
 
Zanim przechodzi do sedna opowieści wspomina jeszcze dzień św. Mikołaja. Historia zaczyna być chaotyczna i ciężko spodziewać się czegoś więcej po wspomnieniach wydarzeń doświadczonych przez kilkulatkę. Mikołajki miały miejsce w Kościele. To właśnie tu rozdawano dzieciom prezenty wcześniej przygotowane przez rodziców. Babcia dostała lalkę. Zaskakuje mnie, jak żywe pozostaje to wspomnienie, jak dobrze pamięta ten właśnie fakt, podczas gdy przy innych częściach opowieści bez przerwy powtarza, że nie pamięta dokładnie przebiegu wydarzeń czy towarzyszących im okoliczności. Lalkę pamięta i to, że ktoś śmiał się, że w tym roku była niegrzeczna i pewnie dostanie tylko węgiel. Ale nie: była lalka. I co więcej to nie był to jeszcze koniec prezentów. Był jeszcze jeden, tyle że ten nie był od św. Mikołaja, ale od pewnego pana z Dąbia, znajomego mamy, który sam własnoręcznie ów prezent wykonał. To była niewielka, drewniana kołyska, wprost idealna dla nowej lalki. Dopytuję się o wygląd kołyski, o miejsce jej wręczenia – te fakty przepadły. Zostaje tylko samo wspomnienie prezentu i obraz pana z Dąbia, pana stolarza, który wraz z żoną został zamordowany w '45 w czasie pacyfikacji.
 
Chwila ciszy. Pytam o szczegóły, ale one już nie istnieją. 
 
I pamiętając to wydarzenie wprowadziłaś się na Dąbie w latach 60.? – nieco niepewnie pytam Babcię. Potrząsa głową.
Wspomnienie przyszło później. Dużo później. Byliśmy z twoim dziadkiem na spacerze koło Wisły, gdy zaczęła się straszna burza. Pani z pobliskiego domku zauważyła, że nie wiemy co robić i zawołała nas do siebie. To była staruszka i mieszkała na Dąbiu od lat. Była świadkiem tamtych wydarzeń. Zaczęła je opowiadać. Wtedy w czasie tej burzy.
 
Opowiadała o pacyfikacji, opowiadała o tym, jak ludzie próbowali ukryć się w publicznych toaletach, które znajdowały się w pobliżu. A ja wyobrażałam sobie, jak w czasie słuchania tej historii, tam w tym małym domku w czasie burzy, Babcia poczuła ucisk powracającego wspomnienia, które do tamtej pory wyparte było ze świadomości, choć najwidoczniej nigdy nie dane mu było zniknąć całkowicie. Wiedziała, że znajomi jej mamy zostali zamordowani, rozstrzelani przez Niemców, ale to był fakt książkowy. NAZWISKO. Śmierć. Tragedia przez duże T. Ale wtedy, w domku staruszki w czasie burzy, powróciło wspomnienie pana z Dąbia, dobrego pana stolarza, CZŁOWIEKA, który zrobił dla jej lalki drewnianą kołyskę. Nazwisko stało się człowiekiem. Pacyfikacja stała się ludzkim dramatem. Dramatem jednostkowym, który może stać się moim dziedzictwem, zarysowanym na tle historii, jednak dalekim od abstrakcji pomników, o których uczą w szkole.
 
Jedyne czego żałuję to to, że nigdy już nie będę mieć okazji zapytać Prababci, dlaczego mimo TO zdecydowała się zamieszkać na Dąbiu. Ona przecież musiała pamiętać.
 
Autor: Klaudia Adamowicz 2014r.
Data opublikowania: 24.03.2014
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko