Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Śpiewnik nieaktualny

Dokładnie trzydzieści lat temu, w 1986 roku, mój tata dostał zeszyt. Zeszyt nie byle jaki. Oprawiony twardą, bordową okładką, w kratkę z tyloma stronami, że do dziś jest kilka niezapisanych. Stał się historią samą w sobie. Widział wiele i choć słowa w nim zapisane nie tworzą jednolitej narracji to sam przedmiot zawiera historię wielu. Jest symbolem niespełnionych marzeń, młodzieńczej beztroski i świadkiem historii, dla mnie zupełnie oddalonej i abstrakcyjnej. 

Mój tata już jako dziecko marzył o byciu muzykiem. Chciał ukończyć szkołę muzyczną i po prostu grać oraz tworzyć muzykę. Opanował grę na akordeonie i pianinie, śpiewał. To, co sprawiało mu w życiu najwięcej radości to muzyka. Niestety jego rodzice, a moi dziadkowie, mieli wobec niego inne plany i muzyka musiała stać się jedynie dodatkiem, urozmaiceniem życia, a nie sposobem na nie. 

Jednak siła marzeń sprawiła, że tata założył z kolegami zespół i od czasu do czasu grał na różnych imprezach okolicznościowych, weselach, prywatkach. 

Wszystkie piosenki tato zapisywał w zeszytach i na kartkach. Były one nieuporządkowane i zazwyczaj je gubił, albo niszczył. W 1986 roku moja mama kupiła tacie piękny i gruby zeszyt, który stał się śpiewnikiem rozpoznawanym przez wszystkich znajomych. Poza tym, że był solidnie wykonany, to został dodatkowo oprawiony przez tatę grubą czerwoną okładką z motywem baloników. 

Wszystkie piosenki zostały zapisane przez mojego tatę. Jego pismo jest bardzo charakterystyczne (nikt w rodzinie nie pisze podobnie do niego), co nadaje zeszytowi jeszcze większej wyjątkowości. Zapisane utwory są bardzo zróżnicowane. Przez niemal dwadzieścia dwa lata śpiewnik uzupełniany był regularnie najnowszymi i najbardziej lubianymi utworami. Początkowo były to piosenki weselne i takie, które nadawały się do grania na prywatkach i różnego rodzaju przyśpiewki ludowe i okolicznościowe. Z czasem zaczęły się pojawiać piosenki ludowe, ponieważ tata zaczął grać w zespole ludowym.

Niesamowite jest także to, jak zmieniał się sposób zapisywania utworów w zeszycie. Na początku piosenki były spisywane ze słuchu. Można w nich znaleźć wiele błędów. Pomylone, często wymyślane słowa to norma. Należy bowiem pamiętać, że często, żeby spisać słowa, trzeba było czekać przy radiu, aż zagrają tę piosenkę, której potrzebowano i zapisywano po kilka wersów, albo nagrywano domowymi sposobami na taśmę, a później próbowano usłyszeć słowa z bardzo słabej jakości nagrania. To sprawiało, że piosenki były niedokładnie zapisane i często trzeba było wykorzystywać swoją wyobraźnię, żeby wymyśleć brakujące słowa. To niesamowite, bo niekiedy powstały nowe zwrotki do piosenek. 

Z czasem kolejne miały już mniej błędów. W pewnym momencie tata przestał uzupełniać zeszyt. Natomiast kiedy zaczął używać komputera, a większość tekstów znajduje w Internecie, spisywanie piosenek stało się zupełnie niepraktyczne i zajmujące czas. 

Teraz zeszyt jest już właściwie nieużywany. Leży na półce i wyjmowany jest tylko po to, żeby zetrzeć z niego kurz i od czasu do czasu w celu powspominania. Aktualnie piosenki, które są w nim zapisane nie są tacie potrzebne, bo od wielu lat nie gra na tego typu imprezach. 

Zeszyt przestał pełnić już swoją funkcję. Po co więc go trzymać? Odpowiedź jest prosta i dość oczywista. Bo to pamiątka! Pamiątka, z której mój tata jest dumny, a dla mnie ma wartość tak dużą, że nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł ją zniszczyć. 

Pamiętam ten zeszyt od dziecka. Pamiętam, że jako mała dziewczynka, siedziałam z tatą przy stole, a ten słuchając piosenki spisywał słowa i wielokrotnie pytał czy dobrze usłyszał. W pewien sposób stałam się częścią tego zeszytu i rytuału spisywania piosenek. 

Zeszyt od dawna utożsamiałam z tatą i, chyba nie do końca świadomie, traktowałam go jako świętość. Tata nigdy nie chował go przede mną, małą dziewczynką z kolorową bronią w postaci kredek. Zawsze mogłam do niego sięgnąć i często to robiłam, ale nigdy nic w nim nie zapisałam, nie narysowałam, nie wyrwałam żadnej kartki. Lubiłam go przeglądać, kartkować, czytać piosenki i oglądać z każdej strony. 

Pamiętam, że kiedyś miałam pomysł, żeby kupić tacie nowy zeszyt, bo ten był już zniszczony i spisać wszystkie piosenki od nowa. Dziś się cieszę, że tego nie zrobiłam. Zniszczyłabym cenny kawałek historii. 

Jak wspomniałam zeszyt jest zniszczony. Jego destrukcja polega przede wszystkim na tym, że został wielokrotnie pozalewany różnymi trunkami i innymi płynami, co doprowadziło do stałych zmian w jego wyglądzie. Kartki, już pożółkłe, od płynów mają plamy o niebieskim zabarwieniu. Rozmył się tusz długopisu, papier się powyginał i lekko spęczniał. Można pomyśleć, że zeszyt jest brzydki, ale tak naprawdę to wszystko jest piękne! W każdej tej plamie widzę czyjąś historię. Jakieś wesele, sylwester, imieniny i urodziny. Może jakaś bójka, radość, emocje? Tego nie wiem. Wszystkiego nie pamięta też mój tata. Zeszyt zapisał wszystko to, czego nie pamiętają ludzie. Każdą tę kroplę destrukcji, każde zapisane słowo widzę jako inną historię, ludzi, których nie poznałam, miejsca, w których nie byłam, czasy, których nie byłam w stanie poznać, bo urodziłam się znacznie później. 

Dla mnie ten zeszyt to zbiór nieznanych mi historii. Pamiętnik bez słów, z którego można wiele wyczytać. To świadectwo czasów dla mnie bardzo niejasnych, nieznanych, może trochę różowych i ciekawych. To także historia życia mojego taty, mojej rodziny i wreszcie mojej. Budzi on moje wspomnienia z dzieciństwa i pobudza wyobraźnię. 

Za każdym razem gdy otwieram zeszyt czuję się jakbym przekraczała ważną granicę. To jak przejście ze sfery profanum do sacrum. To otwarcie nowej, innej rzeczywistości. 

Podobne uczucia towarzyszą mi kiedy oglądam bardzo stare fotografie. Jednak w przypadku zeszytu sprawa jest jakby bardziej zaawansowana. Patrząc na zdjęcie próbuję sobie wyobrazić życie ludzi, których widzę. Zastanawiam się kim byli, jak żyli, kogo kochali i dlaczego zrobili to zdjęcie. Natomiast kiedy otwieram zeszyt moja wyobraźnia wchodzi na inny szczebel. Muszę wtedy wymyśleć ludzi. Nie widzę ich, mogę jedynie wyobrazić sobie różne sytuacje, często opowiedziane przez tatę, i „dopasować” do nich bohaterów. Zastanawiam się wtedy jak to się stało, że pojawiła się ta plama, albo kiedy tata śpiewał tę piosenkę? Co świętowali nieznani mi ludzie? Z czego się cieszyli? Czy byli szczęśliwi? Jak żyli i kim byli? To jakby tworzenie i odtwarzanie w wyobraźni historii, jak pisanie książki lub (czyjegoś) pamiętnika. 

Zeszyt mojego taty z piosenkami jest słynny. Przez trzydzieści lat nie zaginął. Nie dlatego, że nagle tata zaczął „nie zapominać” i szczególniej o niego dbać (choć to pewnie też), ale dlatego, że kiedy zapomniał to każdy wiedział gdzie go zwrócić. Wszyscy wiedzieli, że czerwony zeszyt z piosenkami należał do mojego taty. Co ciekawe zeszyt nie został nigdy podpisany. Na żadnej stronie nie ma imienia i nazwiska posiadacza. Zawsze jednak wracał do właściciela. 

Do dziś czasami pojawia się w rozmowach czerwony zeszyt z piosenkami. Niektórzy go pamiętają i pytają czy jeszcze go tato ma. Ma i jest z niego bardzo dumny. Opowiada o nim z chęcią i wiem, że nigdy nie pozwoliłby go wyrzucić. Ja także. Jestem przekonana, że jeśli okoliczności mi na to pozwolą, zachowam ten zeszyt. Na razie ma swoje miejsce w rodzinnym domu i nie ma potrzeby, żeby zmieniać jego miejsca. Zawsze będę miała szacunek do tego przedmiotu. Widzę w nim odbicie historii. Zbiór emocji i uczuć. Pamiętnik, album i świadek historii zamknięty w kilkuset pożółkłych stronach obleczonych czerwoną okładką.

Autor: Uraradith 2017 r.

Data opublikowania: 01.03.2017
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko