Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

„Tylko trochę żal…"

Jaka jest definicja dziedzictwa kulturowego? Myślę, że każdy czuje to instynktownie – dorobek ludzkości, dowód naszego człowieczeństwa, to co dziedziczymy, w bardziej lub mniej globalnym wymiarze, jako Polacy, Europejczycy czy Ludzie.
 
Jaka jest moja definicja dziedzictwa kulturowego? Mojego dziedzictwa. Po chwili rozmyślań dochodzę do wniosku, nie bez zadowolenia z siebie, że: Dziedzictwo to wszystko czego będzie nam brakować, gdy to stracimy. Jakże prosto, jakże jasno. Spójrzmy jednak głębiej. W świetle tej definicji, dziedzictwem będzie Kraków – miejsce zamieszkania i urodzenia. Wątpliwości brak. Bez wątpienia miejscem, które najbardziej wiąże się z dziedzictwem będzie dom rodzinny, a jednak wątpliwości się pojawiają. Z racji zawirowań rodzinnych miejsca mojego dzieciństwa przestały istnieć (dla mnie), ale czy sam fakt fizycznego braku usuwa je z mojego dziedzictwa? Nie. A Nowy Jork? Jeżeli jutro bomba zmiecie pół Stanów Zjednoczonych Ameryki będzie mi żal? Tak. Będzie. Ale czy zmieni to moje życie? Oprócz tego, że stracę potencjalną szansę na odwiedzenie Big Apple, nic szczególnego się w moim życiu nie zmieni. Definicję trzeba zatem zrewidować.
 
Dziedzictwo indywidualne to wszystko z czym się identyfikujemy, czego będzie nam żal gdy zniknie i czego brak znacząco wpłynie na naszą tożsamość. Decydującym aspektem w nazwaniu czegoś swoim dziedzictwem, jest właśnie identyfikacja z daną rzeczą, miejscem, czy zwyczajem. Za identyfikacją ciągnie się przywiązanie. Gdy tracimy coś z czym czujemy silną więź pojawia się żal i poczucie pustki. Największy brak rodzi się właśnie, gdy znika część nas. Dlatego Nowy Jork nie będzie moim dziedzictwem. Określenie tego co jest osobistym dziedzictwem staje się tym trudniejsze ze względu na wykształcenie. Ogromną rolę w tym co nazwiemy swoim dziedzictwem, a co nie, odgrywa wiedza. Mój krąg dziedzictwa, z racji studiowania historii sztuki, jest znacznie szerszy, niż krąg osoby wykształconej w innym kierunku. Student mechatroniki czy górnik pracujący na kopalni nie będzie zastanawiał się czy Nowy Jork jest jego spuścizną, to po prostu leży poza jego kręgiem zainteresowań.
 
Należy nadmienić, że światowe dziedzictwo kulturowe niekoniecznie będzie pokrywać się z dziedzictwem osobistym. W moim systemie wartości, definiując siebie jako Człowieka i historyka sztuki, Nowy Jork zyskuje ogromne znaczenie i jego brak byłby ogromną szkodą dla dziedzictwa ludzkości, jednak personalnie – nie utożsamiam się z tą, potencjalną oczywiście, startą. W moim przekonaniu, identyfikacja stoi na granicy między ogólnoludzkim, a osobistym poczuciem dziedzictwa. 
 
Dom rodzinny. Zazwyczaj umieścilibyśmy go w tym materialnym dziedzictwie, a co gdy miejsce znika? Okazuje się, że fizyczny budynek materializuje się w wyobraźni z niespotykaną dokładnością. Z zamkniętymi oczami możesz przespacerować się po domu, zagotować wodę na herbatę, wyjść na mokrą od rosy trawę i siąść przed domem. Dom rodzinny staje się mityczną krainą, czymś do czego człowiek będzie dążył, co chce przeżyć jeszcze raz, naprawdę. Obraz staje się systemem wartości, ideą zaszytą gdzieś z tyłu głowy. Zatem miejsce fizyczne z materii przenosi się w obszar dziedzictwa niematerialnego. Sam fakt zniknięcia tego dziedzictwa generuje ogromne poczucie braku, rzutujące w bardzo silny sposób na tożsamość i osobowość. Luka w dziedzictwie nie znosi pustki. Ten brak powoduje konieczność wytworzenia nowego konstruktu swojego miejsca, nowego domu rodzinnego, nowego dziedzictwa. Dom rodzinny jest tylko przykładem. Gdy człowiek, czy społeczność zostaje pozbawiony osobistego dziedzictwa, po chwili zastoju i paniki, zacznie tworzyć nowe lub przejmie i przekształci już istniejące. Jeżeli tożsamość nie zostanie wykształcona, następuje upadek, tworzą się patologie, jak w przypadku społeczności Indian w Ameryce Północnej. Zdziesiątkowani, pozbawieni terytorium i dziedzictwa, popadli w otępienie i szerzący się alkoholizm.
 
Kraków. Jestem Krakowianką, niemalże rodowitą. Tata, dziadek, pradziadek, dalej pamięć rodzinna nie sięga. Ostatnio byłam uczestnikiem niezwykłego wydarzenia. Odnaleziony i przeniesiony na współczesny nośnik został film mojego pradziadka. Nagrany na kamerze wąskotaśmowej. Czarno-biały oczywiście. Zaczyna się w roku 1935,wtedy rodzi się mój dziadek, a kończy w 1939, tuż przed wybuchem II WŚ. Skąd pradziadek miał kamerę, nie wiem. Był poligrafem i retuszerem w międzywojennym, nieistniejącym od niedawna, Przekroju. Z redakcji pożyczył może. Pierwsza scena - jak z bajki. Siostra dziadka idzie szukać nowo narodzone brata w kapuście. Tak biedną podpuścili. Parę lat później spacer po Plantach, Teatr Słowackiego, prababcia ubrana klasycznie w długi płaszcz, elegancki kapelusz i charakterystycznie uczesane włosy z „falką" na grzywce. Niesamowicie intymny kadr, prababcia czesze włosy przed lustrem. Potem defilada wojskowa przez Błonia Krakowskie, żołnierze w mundurach, konno, generał przejeżdża tuż obok. Następne ujęcie - karuzela ciągnięta przez konie. Tak wydaje się, że wtedy życie było jakieś lżejsze. Mój wykładowca na historii sztuki powiedział: Kraków to taka zapyziała wioska, ale uwielbiam to miasto. Nie był z Krakowa, ale stwierdził, że nie mógłby żyć gdzie indziej. I ja się zgadzam. Ja też uwielbiam tą krakowską małomiasteczkowość, to, że wszędzie blisko, że nie wiadomo, którą uliczką będzie bliżej. Miasto stało się narracją, konkretnymi miejscami i zaułkami byłabym w stanie opowiedzieć historię dotychczasowego życia. Przyjezdni dzielą się na tych co uwielbiają i nie cierpią. A nie lubią za to, że jak w wiosce: wszyscy wszystkich znają. Rzuć hasło, imię, nazwisko a usłyszysz: A tak, bo mój wujek… Mój znajomy ma brata, który… A, tak znam ze szkoły… Czekaj zaraz zadzwonię do…. Ostatnio dowiedziałam się, że znajomy mojego taty jest współzałożyciele pierwszej knajpy na Kazimierzu Singer. A zrobiło się tłoczno i głośno, atmosfera padła, więc ją sprzedał. Tak, zdecydowanie z tą małomiasteczkowością i zapyziałością się identyfikuję.
 
Europa. Kultura zachodnioeuropejska. Dziedzictwa europejskiego nie mogę się wyrzec, jednak mam tu problem. Jedną z konsekwencji globalizacji jest to, że Europa przestała być w centrum Wszechświata. Okazało się, że są inni, mający równie bogate dziedzictwo jak My. MY. To kultura zachodnioeuropejska miała być tą najlepszą, postępową, najbogatszą i w ogóle naj. Tolerancja, wielokulturowość. Zjednoczeni w różnorodności, jak mówi motto Unii Europejskiej. Tymczasem wszystko się nam sypie. Zaczęło się od gospodarki, bankructwo Grecji, wizja upadku waluty Euro i pytanie czy nie warto jej zlikwidować. A co z szumną wielokulturowością? Rok 2010, Francja wyrzuca Romów i deportuje ich do Bułgarii i Rumuni. Wydarzenia najnowsze, zamach terrorystów muzułmańskich na czasopismo satyryczne w Paryżu. Antymuzułmańskie protesty w Niemczech. Jeżeli we Francji - kolebce wolności się nie udało, to gdzie ma się udać? Powstaje coraz więcej publikacji, że polityka wielokulturowa to mrzonka, rzecz nie do przejścia. Gospodarka, polityka jedności… Ja nie wiem co zostało. Chyba przestaliśmy być naj. Jeżeli do tego wszystkiego dodamy kryzys tożsamości, prymat paradygmatu korporacyjnego (pracuj aż padniesz, a my ci za to dobrze zapłacimy) i utopimy to w płynnej nowoczesności i konsumpcjonizmie, nie rysuje się nic dobrego. Produkujemy tak dużo, że straciliśmy tożsamość. Być wszystkim to być niczym. Nie. Europa nie jest moja
 
Trochę pesymistycznie to wszystko wyszło. Domu rodzinnego nie ma, Europa chyli się ku upadkowi, nieuchronnie czeka nas III wojna światowa, wielkich artystów już nie ma, jedyne co zostało to Pracuj-Kupuj-Nie myśl. Orwell wypisz, wymaluj. 
 
I ten Kraków dalej jest mały. Tylko trochę żal, że już nie tak małomiasteczkowy jak kiedyś…
 
Autorka: Agnieszka Michniewska 2015r.
Data opublikowania: 15.03.2015
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko