Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Moje dziedzictwo: Dziedzictwo przekazywane z pokolenia na pokolenie

Na początku stawiamy pytanie – czym jest dziedzictwo? Znacznie później, choć wcale nie tak daleko dochodzimy do wniosku, że dziedzictwo to zbudowane wewnątrz nas wartości: rodzina, pochodzenie, kraj, historia, wspomnienia, marzenia i przywiązanie. A czy dziedzictwem mógłby być zbiór wszelkich związanych z nami i naszymi przodkami opowieści, ich życiorysów oraz dokonań? Gdy w dzieciństwie otwieramy stare pudełko ze zdjęciami, a pradziadek opowiada nam przy kuchennym stole o jego pradziadku i pradziadku jego dziadka, stają nam przed oczami heroiczne wytwory dziecięcej wyobraźni. Jednak po kilku latach, nieco starsi, a może już nawet bardziej dorośli, stwierdzamy, że warto podzielić się niezwykłą historią jednego miejsca, o którym w ciepłej kuchni przy herbacie opowiadał pradziadek… o swoim rodzinnym miejscu i jego gałęziach.

Większość dotychczasowego życia powielałam częsty przypadek pochodzącej z małej miejscowości osoby, która pragnie mieszkać w mieście, być szczęśliwą ofiarą globalizacji, amerykanizacji itd. Stosunkowo niedawno, gdy narastające pytania o własne korzenie oraz napływ ludowych trendów do kultury popularnej zaczęły znajdować się w otoczeniu codzienności, ja sama przestałam gonić za aurą wielkomiejskości. Chciałam dowiedzieć się o swojej rodzinie, o jej wielowiekowej historii. Kiedy poświęciłam wreszcie temu czas i uwagę, otrzymałam bogate wynagrodzenie, którego nie chciałabym teraz zamienić na żadne wygody próżnego lub zaganianego wiecznie miasta. Czy historia mojego dziedzictwa wyróżnia się tak bardzo? Z pewnością nie, jednakże uznałam, że powinna ona zostać opisana.

Kiedy ponad piętnaście lat temu jeszcze nie zastanawiałam się ile czeka na mnie powiadomień na portalu społecznościowym, jak wiele dodano zdjęć, opublikowano nowości ze świata kultury i polityki, kiedy komputer przez całe wakacje stał wyłączony, bo pogoda sprawiała, że miałam inne zajęcia, w małej miejscowości niedaleko Kielc zaczęła rodzić się moja pasja do przeszłości.

Doskonale pamiętam dzień, kiedy moi rodzice rozpoczęli tworzenie drzewa genealogicznego naszej rodziny. Na całe ich szczęście żył wówczas mój pradziadek, nestor rodu, znający historie na kilka pokoleń wstecz. Całymi dniami opowiadał mamie wszystkie wspomnienia, a ona, podekscytowana zapisywała wszystko na kartce. Znów na nasze szczęście – mama ma talent do pisania, więc stworzona później przez nią księga rodzinna jest obfita w barwne opisy (niepodkoloryzowane) kilku rodzin, które łączą więzy krwi. Można sobie łatwo wyobrazić jak po chwili, w pełni zaangażowania, reszta rodziny również zaczęła swoje poszukiwania. Mieszkający w większych miastach synowie pradziadka tworzyli drzewa genealogiczne w sieci i poszukiwali dalszej rodziny, zdobywali informacje o rodzie, którego nosili nazwisko. Śmiało stwierdzam, że pradziadek stał się inicjatorem szału, jaki ogarnął moją rodzinę i w pewnym momencie ścieśnił jej więzi jeszcze bardziej. Wszystko przez poczucie przynależności, które jak się okazało, było od wieków kultywowane w mojej rodzinie.

Szczytniki. To właśnie mała miejscowość, wieś, w której się wychowałam, i w której na świat przychodzili moi przodkowie, a najdalszy z nich urodził się w domu na naszej działce, w 1782 roku. To najdalej jak udało się nam dotrzeć w obrębie naszej okolicy, ponieważ w czasach gdy na tych ziemiach panował zabór rosyjski, większość prowadzonych ksiąg parafialnych zginęła w pożarze kościoła. Kiedyś wydawało się to tak mało, rodzicie chcieli wiedzieć więcej. Dziś natomiast ten głód dopada i mnie. Moja mama zna język rosyjski, więc składając jej kolejne ukłony, pragnę wspomnieć jak zapalczywie tłumaczyła nocami wypożyczone z kościoła stare rosyjskie dokumenty, akty narodzin, zgonów, nekrologi i wzmianki o rodzinie. Z pozycji małego dziecka, podglądającego ją bardzo późnymi godzinami, czułam się jak w innym świecie. Miałam wrażenie jakby wszystkie te osoby, które przywoływaliśmy z pamięci i dokumentów, nagle nas odwiedzały, zafascynowane tym, że je wspominamy. Być może to zwykłe wrażenie, pobudzone ekscytacją, ale w domu było wtedy czuć inną energię. Coś w rodzaju powiewu przeszłości, który dodawał motywacji do szukania dalej i dokumentowania przeszłych istnień na terenie własnego podwórka. A na tym podwórku działy się różne, czasem niepojęte rzeczy. Jednak zacznijmy od genezy…

Miejscowość ta nieprzypadkowo budzi w wielu osobach wzmożoną ciekawość do zgłębienia wiedzy na jej temat. Słynny ród Janinów bardzo dawno temu osiedlił się tam i rozpoczął budowanie swojej kulturowej i społecznej działalności. Nie wiadomo dlaczego wybrali Szczytniki. Być może dlatego, że był tam szlak królewski, którym poruszał się Władysław Łokietek oraz zakochany w pobliskiej Stopnicy jego syn Kazimierz Wielki. Możliwe, że widzieli w tym miejscu piękno krajobrazu, żyzność ziemi, piękne lasy. Po wielu wiekach śmiało jednak mogę przyznać, że to właśnie moja rodzina przyczyniła się nie tylko do odkrywania historii tego miejsca na mapie, ale także do jego istnienia. I to już prawdopodobnie od XIII wieku. Jak można przeczytać w książce D. Kaliny i R. Mirowskiego Miasto i gmina Stopnica. Dzieje i zabytki (1), która opisuje ważne informacje o moim regionie sprzed wieków – w połowie XIII wieku, w Szczytnikach istniały cztery folwarki. Z innych źródeł (pisanych i mówionych) dowiadywałam się, iż jeden z nich znajdował się na początku wsi. Obecnie numer mojego domu z powojennych powodów administracyjnych ma jedną z ostatnich pozycji, jednak ponad wiek temu był domem z numerem pierwszym. To tam zaczynała się miejscowość. Dodatkowym potwierdzeniem mojej teorii są częste wspomnienia pradziadka na temat tego, że jego dziadek żyjący w XIX wieku posiadał czterdzieści hektarów ziemi, co wówczas odpowiadało niemal jednej trzeciej całej miejscowości, a poprzednie pokolenia były osadzone tam od wieków i gospodarowały wcale nie tak bardzo mniejszymi powierzchniami ziemi. Kwestią domysłu lub odnalezionych wzmianek jest możliwość jakoby moi przodkowie – przedstawiciele rodu rycerskiego z Sieradza otrzymali na własność ziemie w tejże wiosce. Nie jest jednak wielkim zaskoczeniem fakt, że dwie miejscowości dalej od niepamiętnych lat mieszka rodzina o tym samym nazwisku, ale zupełnie z moimi przodkami niespokrewniona. Istnieje prawdopodobieństwo, że wywodzą się od tego samego nadania ziemi. W obecnej chwili nikt nie może być przekonany, czy to co wiemy i czego się domyślamy, jest pewne. W moim przypadku – nie jest to wcale ważne. Najistotniejsze bowiem jest to, że całe dzieciństwo przeżyłam we wspaniałej scenerii zieleni, zbóż, zapachu schnącego na letnim słońcu siana, przy opowieściach dziadków, a tych historii było niemało. Każdy wolny dzień, chwilę i wspólny czas przy stole, mój pradziadek, a teraz babcia i dziadek oraz rodzice poświęcają na swoje wspomnienia.

Najwcześniejsze co pamiętam, to chwile przed narodzeniem mojego brata, kiedy byłam małą dziewczynką i przesiadywałam z pradziadkiem przed domem, na pomarańczowej ławce. Dziadunio w kraciastej czapce i z laską w dłoni rozsypywał na malowanym drewnie piach i robił ze mną babki, gotował wytworne dania z ziemi, jarzębiny i liści, popijał herbatkę z plastikowej filiżanki i udawał osoby o dziwnych imionach, które wymyślałam. Czasem przychodził do niego stary dobry sąsiad, który każdego dnia nosił na ramionach koromysło z wiadrami wody. Siadali obaj na ławce i rozprawiali o tym, co akurat było najważniejsze. Długo potem dowiedziałam się, że pradziadek pilnował pomarańczowej ławki, ponieważ w trakcie II wojny światowej, kiedy przez naszą wioskę przechodził front, mieszkańcy sąsiedniej miejscowości grabili opustoszałe domy i gospodarstwa. Teraz można poniekąd rozumieć takie zachowanie, ponieważ wtedy każdy chciał przeżyć. Jednak w młodości pradziadka był to czyn niehonorowy. Tym bardziej, że ktoś ukradł jego ulubioną ławkę… Jakiś czas po wojnie jeden z sąsiadów i jednocześnie kuzynów pradziadka udał się w odwiedziny do „grabieżczej” wsi. Jakież było jego zdziwienie, gdy pod domem pewnego człowieka ujrzał tą ławkę! (Do tej pory pamiętam entuzjazm pradziadka, gdy to odtwarzał). Kuzyn wbiegł na podwórko tego człowieka i wziął na plecy ławkę. Jej przybrany właściciel upierał się, że to jego przedmiot, a kuzyn oszalał. Wtedy on spytał: „A czyje nazwisko jest pod spodem, ha?”. Tamten nie chciał mu wierzyć i zaczęli się przepychać. Wtedy kuzyn pokazał mu wypisane po wewnętrznej stronie drewna nazwisko mojego pradziadka. Nic więcej nie mogło się stać. Honor ławki został uratowany!

Pamiętam także jak podczas huśtania mnie na specjalnie zmontowanej przez tatę konstrukcji do tej czynności (trzepak na dywan i powieszona na nim huśtawka), pradziadek opowiadał o tym, jak kilkoro zawistnych osób nie chciało dopuścić do jego ślubu z prababcią, jak się w niej zakochał kiedy tylko wróciła przed wojną z Francji, o tym jak jeden z jego braci podczas wizyt żydowskiego kupca chował się pod łóżko, na którym ów kupiec siedział i wykradał mu z koszyka dobra, a ten potem biegał po wsi i krzyczał, że w domu pradziadka musi być diabeł, bo wszystko mu ukradł (gwoli wyjaśnienia – wcale nie wszystko, a wujek był przesadzonym żartownisiem). Dowiedziałam się, że na jednym z pół uprawnych mojego taty w XIV wieku znajdował się wiejski cmentarz. Dlatego też do dziś na tamten obszar ziemi każdy mówi „cmentarzysko”. Poznałam historię ich młodości, gdy pradziadek w wieku szesnastu lat wyruszył w kraj i wcale nie chciał kontynuować tradycji prowadzenia gospodarstwa, a niedługo potem dowiedział się o śmierci swojego ojca i nie zdążył się z nim zobaczyć. Odkryłam także kim był jego zagadkowy przyjaciel, który odwiedzał nas co jakiś czas – obaj byli wywiezieni w młodości na przymusowe roboty w Austrii, a pradziadek musiał wówczas zostawić młodą żonę z małym pierworodnym synem w środku wojny. Ich przyjaźń zawiązała się w momencie, gdy miejscowość, gdzie przebywali zaczęto nagle bombardować, a pradziadek pociągnął za sobą nowego znajomego pod most, dzięki czemu przeżyli. Od tamtej pory przyjaciel pradziadka uznał, że nie odstąpi go na krok, bo ma takie szczęście. Słyszałam jak przez Czerwony Krzyż szukali jego innego brata, którego zabrano do Oświęcimia.

Gdy urodził się mój brat, pilnował nas, huśtał i żartował. Bawił się z nami jakby sam cały czas był małym chłopcem.

Pamiętam domki robione na środku kuchni z krzeseł i koca, oraz jak dziadek udawali, że szczekają, bo na siłę potrzebowaliśmy z bratem w naszym domku pieska. Cały czas mam przed oczami pomarańczowy pyłek lilii na nosie pradziadka, kiedy oboje je wąchaliśmy. I ostatni dzień przed jego wyjazdem do szpitala, z którego już nie wrócił… Mój dwuletni wtedy brat pewnego dnia bawił się sam na piaskownicy, a kiedy pojawiliśmy się bliżej niego, krzyczał na nas, że niepotrzebnie przyszliśmy, bo bawił się z pradziadkiem, a teraz on odszedł. Wtedy wiedzieliśmy, że bliscy są przy nas zawsze. Ja wiedziałam, że te historie nigdy nie przestaną być żywe.

Najprawdopodobniej całe życie będę wspominać opowieści związane z duchami, które na hamaku, przy kolacjach, grillach i podczas wakacji były nam przekazywane. Jest to wątek niezwykle istotny w świadomości nie tylko całego kraju. Poszczególne małe miejscowości, a w tym przypadku moja, mają w swoim krwiobiegu ukryte przywiązanie do lokalnej historii, której dzieje wywarły na przodkach tak mocny wpływ. Po wojnie bowiem niejednokrotnie zdarzały się niewytłumaczalne rzeczy, które przechodziły najśmielsze pojęcie naszych dziadków. Odprawiający w lesie mszę ksiądz, który potrzebował pomocy kogoś, kto odważy się wytrwać z nim w jednej modlitwie, pojawiające się nocą małe króliki, które wodziły ludzi na łąki i mamiły ich umysły, ukazujący się żołnierze, wpatrujący swoimi spokojnymi, bezbarwnymi oczami, odgłosy płaczu dziecka w środku nocy, na niewielkim pustkowiu pomiędzy dwoma wioskami i zagubieni przez to w lesie ludzie (pradziadek wraz ze swoimi braćmi uczestniczył wiele razy w pewnego rodzaju patrolach nocnych, które miały strzec wioskę przed pożarem i wyciągać ludzi z opresji związanej z omamieniem nieopodal wspomnianego lasu na granicy dwóch miejscowości). Oprócz paranormalnych były także oczywiście wesołe wspomnienia babci i jej wypraw na zabawy, na których zdzierała wszystkie buty, a ja zazdrościłam jej tych przygód w pociągach, gdzie poznawała eleganckich młodzieńców, widzących jej grube, czarne warkocze i chcących się z nią żenić; przyśpiewki i wierszyki dziadka, po którym chyba w największej mierze odziedziczyłam zafascynowanie folklorem, i który nadal słucha regionalnego radia każdej niedzieli; robione przez niego wiklinowe kosze i to jak nosił w nich mnie i mojego brata; wyjazdy na ryby z tatą, podczas których w trakcie zabawy wyrzucałam z pudełeczka całą jego przynętę oraz jego bajki o latającej krowie, „Rybaku i złotej rybce”, nieco innej (bardziej jego) wersji „Czerwonego kapturka”; bajki mamy o mysiej mamie, która szukała swojego małego dzieciątka, o wężu, który był dobry i pilnował niemowlęcia oraz piosenek o „iskiereczce”, milion zabaw i uśmiechniętych twarzy, które pamiętać będę zawsze. To nieprawdopodobnie nieliczne przykłady historii, z jakimi miałam okazję się wychowywać w postaci przekazów ustnych moich bliskich, wspólnych chwil i przygód, oraz samodzielnych i odkrywczych obserwacji.

Każda z tych opowieści towarzyszy mojej pamięci i tworzy jednocześnie obraz rodzinnej miejscowości. Wychowując się w takim miejscu, nie mogłam nie zapałać miłością do pisania i już od dziecka, pod wpływem tych legend oraz prawdziwych wspomnień, tworzę własne fabuły.

Osobisty sentyment całej mojej rodziny do różnych przedmiotów oraz zjawisk przeszedł z pewnością genetycznie i na mnie. Od urodzenia, tak samo jak babcia i mama, miewam sny o ludziach, którzy już nie żyją, a w snach są wśród obecnych wciąż ludzi. Choć ich nigdy nie poznałam, bo nie było mnie jeszcze na świecie, widuję w snach ich twarze, które później odpowiadają pierwowzorom na fotografiach. Być może ktoś uzna, że to wyimaginowane i niepoważne, ale ja znajduję w tym jedno wytłumaczenie. Moja rodzina ma w swojej naturze tak mocno zakorzenioną świadomość lokalną, przywiązanie do jednego miejsca, tych samych ludzi, przodków i historii swojego rodu, że niemożliwym byłoby, abym się od nich odrodziła.

Z każdym kolejnym snem lub zdarzeniem utwierdzam się w przekonaniu, że prawdziwe piękno naszej kultury leży po stronie wsi, folkloru, pierwotności. Odkąd zamieszkałam w Krakowie czuję, jak z każdym kolejnym rokiem narasta we mnie sentyment i tęsknota za domem, rodzinną atmosferą i opowieściami, które będę przekazywać dalej. To naprawdę niesamowite, że ich wartość doceniamy dopiero po latach, kiedy pradziadek żyje w mojej pamięci i na fotografiach, a jego słowa dalej krążą po domy, który zbudował własnymi rękami. Nastąpiły po nim już trzy pokolenia, niebawem zacznie się czwarte, a kult rodziny, duchów, wspomnień i więzi trwa. Nie jest to przedstawienie rodziny innej, czy też wyjątkowej. Jesteśmy tacy jak każda rodzina. Należy jednak pamiętać, że wszystkie mają swoje własne korzenie, legendy i prawdziwe wspomnienia. Każda ma pradziadka, który był spoiwem, opowiadał swoje życie z pasją i miłością, chcąc pokazać młodszym jak ważne jest pamiętać kim i skąd się jest.

To dzięki takim osobom rozumiemy czym jest dziedzictwo. Wiemy, że to nie tylko zabytki, przedmioty i ogół kultury, który pozostaje nam po innych pokoleniach. To ludzie, wspólne wspomnienia, wartości i więzi. Dzięki nim doświadczamy starego i nowego w tym samym czasie. Potrafimy dostrzec różnice między światami sielskiej wsi i miasta. Doceniamy to co przeżywali nasi przodkowie. Czerpiemy z nich siłę i radość. Jesteśmy dumni. Dziedzictwo to oni i my. Dlatego właśnie chętnie namawiam każdego do zaglądania w swoje dziedzictwo. Tam kryje się prawda o nas samych, ponieważ aby coś w sobie zmienić, trzeba poznać się od początku. A początek był wieki temu…

Tak też bez względu na wieki i wszystko co daje mi świat, gdzie mnie nie popchnie i jakich ludzi nie postawi na drodze, zawsze będę jedną nogą w mojej małej wiosce, podczas wakacji, kiedy lato trwało dłużej, słońce świeciło częściej, ludzie byli milsi. Będę z bratem hamaku, lub na pomarańczowej ławce. Będę wąchać z pradziadkiem lilie i wesoło chichotać, że ma na nosie pomarańczowy pył. Bo to właśnie jest moim dziedzictwem.

Autorka: Anna Ciećko, 2018 r.

Bibliografia:

(1) Dariusz Kalina, Roman Mirowski, „Miasto i gmina Stopnica. Dzieje i zabytki”, Kielce 2015, s. 169-171, 311-312.

Data opublikowania: 24.03.2018
Osoba publikująca: Agnieszka Konior