Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Moja własna perła

Przez 19 lat mojego życia kwestia osobistego dziedzictwa była dla mnie czymś kompletnie obcym. Nigdy tak naprawdę się nad tym nie zastanawiałam i nie czułam wewnętrznej potrzeby zgłębienia i posiadania takowego. Wydaje mi się więc, iż fakt, że obecnie jestem w stanie powiedzieć „tak, posiadam własne dziedzictwo i jestem z niego dumna” jest dla mnie dość dużym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się takiego rozwoju akcji, ale jeśli mam być całkiem szczera, było to dla mnie miłą niespodzianką. Czuję się teraz taka jakby kompletniejsza. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, iż wybór mojego dziedzictwa może wydawać się dość banalny i przewidywalny, jednak czasami trzeba podążyć za mainstreamem, bo przecież w końcu serce nie sługa. A co stało się moim dziedzictwem? Zamość. Roztocze. Lubelszczyzna. Ziemia z której pochodzę i na której mimowolnie zostawiłam kawałek siebie. Brzmi to strasznie tandetnie, ale zadziwiające jest to, ile w tym prawdy. Moment realizacji pojawił się nagle, jednak droga, którą musiałam do niego pokonać była długa i kręta, chociaż czasami zdarzały się też chwile przebłysku.

Zaczynając ten kulturowy rachunek sumienia od wczesnych lat szkolnych warto wspomnieć, że jako dziecko interesowałam się głównie kulturą Japonii. Manga i anime pochłonęły mnie całkowicie, także duszą i sercem byłam przez wiele lat w Kraju Kwitnącej Wiśni, przez co moja uwaga skupiona była najdalej jak się tylko da od domu, bo przecież na drugim krańcu świata. Świat ten był dla mnie całkowicie egzotyczny, a za tym o wiele ciekawszy niż szara polska rzeczywistość. Nie widziałam sensu w interesowaniu się tym, co się działo wokół mnie, bo było to po prostu dla mnie nudne. Moim dziecięcym marzeniem była nauka japońskiego oraz wyjazd do Japonii. Oczywiście ani jednego, ani drugiego marzenia nie mogłam zrealizować w moim mieście, co sprawiało, że przez długi czas po prostu czułam do niego żal i zwykłam wyrzucać mu, że jest zwykłym „zaściankiem”. W liceum z kolei, język angielski oraz fascynacja kulturą krajów anglosaskich były tym, co zwyciężyło nad starą miłością do kultury Wschodu. Angielski od zawsze mi się podobał, ale te trzy lata w liceum ugruntowały jego pozycję na szczycie listy moich zainteresowań, dlatego też nic dziwnego w tym, że to właśnie ten język objął stery nad moimi przyszłymi poczynaniami. Gdy tylko udało mi się pomyślnie zdać maturę, postanowiłam kontynuować swój romans z językiem angielskim i tak oto po trzech latach jestem teraz absolwentką filologii angielskiej.

Podczas moich studiów zdecydowanie bliższa była mi codzienność brytyjska jak i amerykańska. Studiowanie anglojęzycznych lektur oraz zajęcia zorientowane na kulturę anglosaską oderwały mnie w znacznym stopniu od tego co lokalne. Co więcej, by rozpocząć studia na Uniwersytecie Jagiellońskim musiałam przeprowadzić się o pół Polski dalej, więc mój osobisty kontakt z regionem został mocno osłabiony oraz ograniczony do paru wizyt na rok. Nie żeby mi to przeszkadzało z początku, wręcz przeciwnie. Wreszcie mogłam się wyrwać z mojej małej mieściny i poznać czym jest życie w wielkim mieście. Z perspektywy czasu widzę jednak, że był to moment, w którym coś zaczęło we mnie pękać, a moje nastawienie do całej sytuacji diametralnie zmieniać.

Uważam, że ostatnie trzy lata były kluczowe dla ukształtowania się mojej postawy wobec dziedzictwa. Tak jak już wspomniałam, na początku studiów coś we mnie pękło i nie dawało mi to spokoju. Z każdym powrotem do domu zaczęłam coraz bardziej doceniać moje miasto i region. Oczywiście, Kraków jest przepięknym miastem, ale nie czuję bym miała z nim jakąś głębszą więź poza wspomnieniami związanymi ze studiami. Za to za każdym razem, gdy wjeżdżałam na teren znajomego Roztocza robiło mi się tak jakoś lżej na sercu, a gdy przekraczałam granice miasta uderzało mnie to jak piękny i przytulny jest Zamość. Myślę, że jednym z ważniejszych, a tak właściwie to najważniejszym momentem w tej całej przemianie była wizyta mojej koleżanki ze studiów, podczas której oprowadziłam ją po Zamościu i okolicy. Widziałam jak duże zrobiło to na niej wrażenie i w środku aż pękałam z dumy. Gdy zdałam sobie sprawę z tego jak bliskie stało się dla mnie moje miasto postanowiłam, że spróbuję sobie przypomnieć czy wcześniej zdarzały mi się takie swego rodzaju „przebłyski”.

Pierwszą taką sytuacją, która przychodzi mi do głowy jest fakt, że głównym czynnikiem decydującym o wyborze mojego liceum była jego lokalizacja oraz budynek, w którym owo liceum się znajduje. Mowa tutaj o I Liceum im. Jana Zamoyskiego, czyli dawnej Akademii Zamoyskiej. Gdy tylko zobaczyłam ten budynek byłam pewna, że chce w nim kontynuować swoją edukację. Jest w nim coś niezwykłego, pewien specyficzny klimat, który przekonał mnie do wybrania właśnie tego konkretnego liceum. Co więcej, budynek Akademii znajduje się blisko Rynku Wielkiego czyli tak właściwie serca Zamościa. Koncepcja ta wywodzi się z pomysłu architekta Bernardo Morando, który zaprojektował miasto tak, by swoim planem przywodził na myśl budowę ludzkiego ciała. Co za tym idzie, Pałac Zamoyskich stanowi głowę tejże postaci, ulica Grodzka kręgosłup, ulice Solna i Bernardo Moranda ramiona, Rynki Solny i Wodny symbolizują organy wewnętrzne, a bastiony mają reprezentować ręce i nogi. Ten antropomorficzny plan miasta jest dla mnie chyba najbardziej wyjątkową ciekawostka dotycząca starego miasta i po dziś dzień nadal trudno jest mi uwierzyć, że dane mi było spędzić tyle czasu w tak nadzwyczajnym miejscu. Obecnie, jestem w stanie w pełni to docenić zwłaszcza, gdy dostrzegam drastyczny kontrast pomiędzy Starym a Nowym Miastem, gdzie znajduje się mój dom rodzinny, gdzie wychowałam się wśród blokowisk oraz centrów handlowych.

Kolejnym takim momentem przebłysku była wycieczka nastolatków z Izraela, którzy w ramach wyjazdu mieli zaplanowane spotkanie integracyjne z uczniami mojego liceum. Elementem tego spotkania było wspólne zwiedzanie zamojskiego rynku, w którym i ja również brałam udział. Pamiętam, że jedna dziewczyna, która została powierzona mojej opiece nie mogła się nachwalić jak bardzo podoba jej się Zamość. Jak widać sytuacja ta jest podobna do tej, którą opisywałam na początku, jednak w tym przypadku nie miało to na mnie aż tak dużego wpływu. Oczywiście cieszyłam się, że Starówka robi dobre wrażenie na obcokrajowcach, ale tłumaczyłam to sobie właśnie tym, że w Izraelu posiadają całkiem inny styl architektoniczny i podoba jej się tu pewnie dlatego, że jest po prostu inaczej niż w domu. Jak widać młodsza ja wiedziała najlepiej.

Teraz, gdy zastanawiam nad tym dlaczego jeszcze byłam tak niechętna wobec swojego dziedzictwa dochodzę do wniosku, że duży wpływ miała na to sytuacja w jakiej dawniej znajdowało się moje miasto. Starówka była w opłakanym stanie, a i reszta miasta nie prezentowała się wcale najlepiej. Czasem serce aż pękało na widok zaniedbań, jakich się dopuszczono. Na szczęście ponad 10 lat temu rozpoczął się proces renowacji Zamościa, który trwa po dziś dzień, dzięki czemu Zamość w końcu prawdziwie dorasta do swojej dawnej nazwy „Perła Renesansu”. Rzeczywiście, jest on teraz prawdziwą perłą architektoniczną z pięknymi odremontowanymi kamienicami i dostojnym ratuszem zdobiącym rynek, z majestatyczną katedrą, która powróciła do swej dawnej przedzaborowej formy, z zadbanym parkiem pełnym urokliwych zakamarków oraz z zrekonstruowanymi fortyfikacjami, które nadają miastu ducha prawdziwej twierdzy, jaką Zamość był przez wiele wieków.

Kończąc już, myślę, że idealnym podsumowaniem tych rozważań o dziedzictwie jest angielskie przysłowie „absence makes the heart grow fonder”, co na język polski można przetłumaczyć jako „brak czegoś sprawia, że serce rośnie wobec tego w czułość”. Jestem zdania, że podobna sytuacja miała miejsce w moim przypadku. Z dala od mojego miasta i regionu byłam wreszcie w stanie docenić, co tak naprawdę dla mnie znaczą. Wreszcie byłam zdolna poczuć tą więź, która łączy mnie z moim fizycznym dziedzictwem i jestem wdzięczna za tą możliwość, bo dzięki temu byłam w stanie lepiej poznać samą siebie. O ile jeszcze parę lat temu wstyd mi było przyznać się skąd jestem, tak teraz z dumą opowiadam każdemu o swoim mieście i okolicy.

Autor anonimowy 2017 r.

Data opublikowania: 21.03.2017
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko