Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Kraków, Zawoja, Bartkowa, taniec, muzyka

Wstęp

Kwestia mojego dziedzictwa może zostać prawie w całości streszczona jednym słowem – jest ono MOJE. Nie mogę się niestety pochwalić jakimiś szczególnymi zwyczajami, które rodzina Żurków, bądź Włodarczyków kultywowała od pokoleń. Nie wiadomo mi nic o rodzinnych pamiątkach, z którymi wiążą się niestworzone historie. Po dziadku zostały mi dwa klasery znaczków z okresu PRL-u i stara radziecka Zorka, która służy teraz jako całkiem ładna ozdoba kominkowa w stylu retro. Znam jedynie dwie historie rodzinne – jedną w większości radosną, drugą tragiczną. Nie wiem zbyt wiele o moich korzeniach – nigdy nie zgłębiałem tego tematu, nie czułem takiej potrzeby. Teraz, stojąc w obliczu tworzenia tego eseju widzę, że jednak mogło mi się to przydać. Pozostaje mi zatem podzielić się niewielką dawką historii mojej nielicznej rodziny, a później zająć się moim życiem i czynnikami, jakie na nie wpłynęły i stały się MOIM dziedzictwem. 

Moja rezolutna prapraprababcia

Pierwsza z historii dotyczy mojej prapraprababci, Marysi Wojtas. Pochodziła z Posadowej. Rodzinie nie wiodło się najlepiej – jeszcze zanim Marysia przyszła na świat, głównym źródłem pożywienia był dla nich szczaw, zwany wówczas przez nich „kapuchą”. Gdy rozpętała się rabacja galicyjska, babcia Marysi ukryła swego pana w domu, chroniąc go przed śmiercią z rąk chłopów. Ten odwdzięczył się po wszystkim częścią majątku. Dobrobyt nie trwał jednak długo, przez słabość dziadka do alkoholu, który szybko większość przepił.

W wyniku trwającej biedy, wiele dzieci szło wówczas na służbę do zamożnych rodzin. 15-letnią Marysię przygarnęło bogate małżeństwo. Znaleźli ją na krakowskim Rynku Głównym, gdzie poszukiwała pracodawców. Ponieważ nie mieli swoich dzieci, wychowali ją jak własną córkę. W domu państwa nauczyła się szyć, haftować, gotować, a nawet poznała tajniki leczenia ziołami. Jednym z najbardziej ekscytujących dla niej wspomnień była wycieczka do grodu cesarza Franciszka Józefa, na którą zabrali ją „nowi rodzice” – dla młodej dziewczyny pochodzącej z biednej rodziny było to ogromne przeżycie. Po siedmiu latach „służby” powróciła na krótko do domu. Nikt we wsi jej nie poznał – dziwili się, cóż to za pannica przyjechała powozem i czego tam szuka. Zatrzymała się w swoim domu, mówiąc że szuka noclegu. Nie zraziła jej jedyna opcja, jaką był stóg siana. Dopiero następnego dnia powiedziała ojcu „nie poznałeś mnie? To ja, twoja Marysia”. Po tej krótkiej wizycie powróciła do Krakowa. 

Gdy pewnego razu Marysia, już dojrzała kobieta po czterdziestce, szła przez krakowski Rynek, upodobał ją sobie polski żołnierz w austriackim mundurze. Wojciech Sużyn, około dwudziestoletni chłopak z Zawoi, przekonał ją po krótkim czasie do małżeństwa. Po Marysi nie było widać w jakim jest wieku, ponieważ była doskonale utrzymana i żyła w dobrych warunkach – okłamała go, że jest 10 lat młodsza niż w rzeczywistości i przyznała mu się do tego dopiero na łożu śmierci. Opuściła Kraków i wyjechała z mężem do Zawoi. Miejscowi dziwili się Wojtkowi, że co za pożytek może mieć z takiej panny. Nazywali ją „Krakówką”. Jednak prędko musieli mu zwrócić honor za oszczerstwa – jak wcześniej wspomniałem, Marysia nauczyła się wielu pożytecznych rzeczy w Krakowie i szybko stała się dobrym duchem wsi. Szyła, gotowała, leczyła, a gdy ktoś przyszedł żebrać o pieniądze, najpierw odprawiała go do pracy, a dopiero później uczciwie płaciła. Wiedzę i umiejętności przekazała swoim dzieciom, a później wnukom – w tym mojej prababci, Julii, która opowiadała mi i siostrze historię Marysi Wojtas z dużo większym zapałem i dokładnością, niż ja.

Mój nierozważny pradziadek
 

Druga historia jest krótka i tragiczna. Rodzina mojego ojca żyła na krakowskim Kazimierzu przy ulicy Gazowej. Gdy w 1945 roku Niemcy opuszczali miasto, niszczyli Krakowskie mosty. Mój pradziadek, Rudolf Żurek, obserwował wraz z szóstką sąsiadów wysadzanie jednego z mostów – jeśli się nie mylę, chodziło o most Józefa Piłsudskiego. Odłamki wyrzucone w powietrze przez eksplozję zabiły prawie wszystkich – historię zdołał opowiedzieć jedyny ocalały sąsiad mojego pradziadka. Choć nie jest to zbyt szczegółowa opowieść, utkwiła mi mocno w pamięci.

O mnie słów kilka
 
Urodziłem się w 1994 roku w Krakowie. Miasto miało na mnie ogromny wpływ i najwcześniejsze moje wspomnienia związane są z nim prawie w całości. Mieszkając przez pierwszych pięć lat mojego życia przy ulicy Kołłątaja, poznawałem centrum miasta na licznych spacerach, które odbywałem z mamą i siostrą. Chłonąłem krakowską atmosferę – wspominam zasypane żółtymi liśćmi Planty i pełną gołębi oraz wróbli altanę naprzeciwko Teatru Słowackiego, natarczywego Lajkonika, machającego z wieży Mariackiej trębacza, zatłoczone Sukiennice, ziejącego ogniem Smoka Wawelskiego, a nawet czyszczące powierzchnię Rynku pojazdy wyposażone w fascynujące, dla takiego ciekawskiego dzieciaka, obrotowe szczoty. 
 
Z czasem, jak każde dziecko, stopniowo zyskiwałem świadomość istnienia – wtedy właśnie przeprowadziliśmy się na osiedle Azory, czyli kolebkę moich rodziców. Dla nich to był powrót na „stare śmieci”, a dla mnie poznawanie nowych. Brutalnie mówiąc, były to dla mnie dosłownie „nowe śmieci” – przenosiny z pięknego, tętniącego życiem centrum miasta na jego obskurne obrzeża były dla mnie dziwnym przeżyciem. Choć doskonale pamiętam cudowną atmosferę Starego Miasta, najwyraźniejsze wspomnienia wiążą się – stety, niestety – z pełną hałasu, brudu i patologii społecznych atmosferą Azorów. Kultura związana z historią została zamieniona na kulturę uliczną. Pomimo oczywistych wad, jest tam kilka miejsc, które zawsze będę wspominał z łezką w oku i sentymentem. Przykładowo podstawówka numer 119 – szkoła, do której uczęszczali także moi rodzice – była dla mnie szkołą życia. Bynajmniej, nie w negatywnym sensie. Tam poznałem czym jest przyjaźń, miłość, solidarność, strach, wstyd, czy pokora. Jeśli kiedykolwiek usłyszę, że mury „stodziewiętnastki” zostaną przeznaczone do rozbiórki lub ulegną jakimkolwiek poważnym zniszczeniom, zginie także część mnie.
 
Kolejnym miejscem, które miało na mnie wielki wpływ, jest wieś Zawoja. Położona u stóp Babiej Góry miejscowość nauczyła mnie szacunku do pracy i natury. Pomoc podczas żniw lub wypalania traw dla mnie była swojego rodzaju rozrywką – nie tylko miałem ekscytującą styczność z niebezpiecznymi narzędziami, ale także z lokalnymi zwyczajami. Mojego dziedzictwa można też się doszukiwać w okolicznym lesie, przez który płynie Skawica – znam każdy kamień, który tam się znajduje. Szlaki w lasach pod Babią Górą znałem za młodu nie gorzej niż przewodnik, z którym miałem okazję tamtędy się przechadzać podczas zielonej szkoły. 
 
Oprócz oczywistości, jakimi są powyższe miejsca (szkoła, miejsce wakacyjnych wyjazdów itp.), uważam za część swojego dziedzictwa muzykę, ponieważ to ona uformowała moją wrażliwość na sztukę oraz poczucie estetyki, a także zbliżyła mnie do małopolskiego folkloru (góralskie przyśpiewki, które mama wyniosła z lat spędzonych w Zespole Pieśni i Tańca „Krakus”). Największy wpływ jednak miała na mnie muzyka… metalowa. Jest to moim zdaniem najbardziej niezwykła subkultura w kategorii muzycznej. Pomimo ogromu sprzeczności (na przykład utrudnione wprowadzanie jakichkolwiek zmian w gatunku przy jednoczesnym utożsamianiu jej z buntem), społeczeństwo metali pozostaje pojednane. Liczne festiwale ściągają tysiące fanów ciężkiego grania z całego świata. Sam uczęszczam od kilku lat na festiwal Brutal Assault, który odbywa się w twierdzy Josefov w czeskim Jaromerze. Jest to miejsce pokojowego zderzenia wielu narodowości, gdzie bez oporów mogę porozmawiać z Australijczykiem, czy Brazylijczykiem nie tylko o metalu, ale także o ich historii, zainteresowaniach, czy kulturze.
 
Liczne koncerty, w których brałem udział, rozpaliły we mnie miłość do muzyki w każdej formie – nie tylko ciężkiej. Zamierzam tę miłość pielęgnować i przekazywać dalej, a tym samym połączyć dziedzictwo twórców z moim – w żaden inny sposób nie poczułbym więzi z Mozartem, czy Kurtem Cobainem.
 
Również treningi tańca, zarówno towarzyskiego i nowoczesnego, wpłynęły na mój rozwój. Nauczyły mnie dyscypliny, szacunku do ludzkiego ciała oraz rozwinęły o krok dalej moją wrażliwość na muzykę, dodając do niej efekty wizualne. Wyjeżdżałem wielokrotnie z „Weną” (szkołą tańca) na obozy, głównie do Bartkowej-Posadowej (czyli do moich rodzinnych okolic). Ośrodek „Stalownik” oraz jego najbliższe okolice stały się moim ulubionym miejscem. Na te wyjazdy przypada mój największy rozwój emocjonalny. Zawiązałem tam liczne przyjaźnie, a także poznałem moją ukochaną narzeczoną. Jest to kolejne miejsce na mapie, które zawsze będzie dla mnie wiele znaczyć.
 
Zakończenie
 
W tekście postarałem się zawrzeć najważniejsze informacje dotyczące mojej rodziny, jak i mnie samego. Choć opisy nie są szczegółowe, dla mnie sama ich istota, której nie potrafię przenieść na papier w bardziej fascynującej formie, jest fundamentem mojego jestestwa. 

 

Autor: Piotr Żurek 2017 r
 
Marysia i Wojciech
Data opublikowania: 01.03.2017
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko