Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Ślunsko dusza – jo i mój Heimat

Jestem Ślązaczką. Z krwi i kości, z dziada, pradziada. Cała moja rodzina to tzw. „Pnioki", czyli osoby, mieszkające na Śląsku od pokoleń, które wrosły w „Heimat" (ojczyznę), z którym czują się bardzo związane. Nikt nie wstydzi się o tym mówić, a tym bardziej tego okazywać. To wszystko jednak nie oznacza, że jesteśmy kliką zamkniętą na kulturę i obyczaje innych. No, chyba, że mamy na myśli Goroli z Zagłymbio (tzw. ludzi „zza rzeki" [Brynicy], czyli osoby nieznające i nieposługujące się śląską gwarą, a także niekultywujące śląskich tradycji, nieczujące się Ślązakami – jednym słowem, bliżej im do Polaka, aniżeli Ślązaka; czasem znaczy również po prostu Polaka, mieszkającego poza granicami Górnego Śląska).

To, co sprawia, że czuję się Ślązaczką, ma swoje szczególne miejsce w mojej rodzinie – poszanowaniu, a przede wszystkim kultywowaniu naszych regionalnych tradycji i zwyczajów, których próżno szukać w pozostałych obszarach Polski. Jako, że jestem dumna z bycia Ślązaczką i z naszych odrębnych, nierzadko pomieszanych i, być może, dziwnych dla „Goroli" zwyczajów, postanowiłam przedstawić wszystko to, co jest dla mnie swoistym dziedzictwem kulturowym i bez czego nie wyobrażam sobie swojego śląskiego życia. Wszystkie z poniższych zwyczajów wyniosłam z domu i z pewnością będę je kontynuować w przyszłości.

Kożdo baba poradzi warzić i heftuwać (każda kobieta potrafi gotować i szyć)

Na Śląsku ze świecą szukać kobiet nieznających chociażby podstaw szycia, haftowania czy robienia na drutach. Jednakże, nie można generalizować – nie każda kobieta to lubi i niekoniecznie tak spędza swój wolny czas.

Jeżeli nie robótki ręczne, to gotowanie. Tutaj trudno znaleźć kobietę, która nie potrafiłaby dobrze gotować – przecież naszym znakiem rozpoznawczym, w pewnym wieku, oczywiście, są pokaźne, kobiece krągłości, będące oznaką dobrej, sytej, ale i tłustej kuchni. Chyba nie muszę wspominać o „Ślunskim łobiedzie", czyli o niedzielnej roladzie, modrej kapuście i kluskach śląskich?

Co może zdziwić, nie tylko niedzielny obiad ma swoją tradycyjną potrawę – w wielu śląskich domach, w każdą sobotę, był/jest podawany żurek, natomiast w każdy piątek, obiad koniecznie jest bezmięsny – wg katolickiej tradycji, piątek to dzień Męki Pańskiej i nie należy spożywać mięsa, a Ślązacy, jako (w większości) ludzie głęboko wierzący, dostosowują się do wszystkiego, co ma związek z religią i jej tradycją.

Wilijo i cołko wilijno tradycjo (Wigilia i cała wigilijna tradycja)

Pozostając w temacie jedzenia, chciałabym przedstawić naszą tradycyjną Śląską Wigilię. Wigilia jest dla mnie bardzo ważnym okresem – nie tylko ze względu na ten jakże istotny, wg Kościoła Katolickiego, czas, lecz także z powodu bardzo błahego – jest po prostu przyjemnie spędzanym czasem w gronie rodziny. Na dzień dzisiejszy, nie wyobrażam sobie świąt spędzanych bez mojej rodziny, dlatego też nie planuję i raczej nigdy nie będę planować wyjazdu w ciepłe kraje, by móc uciec od świątecznego zgiełku. Czas świąteczny uwielbiam, a to, co mamy w zwyczaju my, Ślązacy, sprawia, iż za bardzo brakowałoby mi świątecznej otoczki, by móc sobie pozwolić na chociażby jeden rok przerwy.

To, co odróżnia Wigilię Śląską od Wigilii Polskiej, to przede wszystkim potrawy. Na Śląskich stołach panuje różnorodność – w każdym domu występują odmienne dania, zależnie od regionu. Już za płotem, u sąsiada, znaleźć można zupełnie coś innego. Co więcej – każda potrawa, nawet ta teoretycznie identyczna, wykonywana jest inaczej, wg wyjątkowego przepisu gospodyni domowej.

Na Śląsku, w moich rodzinnych okolicach, podczas Wigilii nie uświadczy się barszczu czerwonego z uszkami. Zamiast tej tradycyjnej polskiej zupy, mamy swoją grzybową (na wywarze rybnym) i „siemieniotkę"/„siemionkę" (zupę z siemienia konopi, podawaną z kaszą). Mało kto podaje pierogi, a w kapuście, zamiast grochu, znajdują się grzyby, obowiązkowo własnoręcznie zbierane. Do wszystkich wymienionych wyżej potraw dodaje się w dużych ilościach masło, a zupa gęsto doprawiana jest również śmietanką.

Jedynymi rybami na stole są karp i śledzie. Karp podawany jest we wszelakich możliwych kombinacjach – w moim domu od zawsze był karp smażony na maśle (i choć ryb „niy trowia" [nie cierpię], to zapach smażonego na maśle karpia jest jednym z tych, przez które moje ślinianki gwałtownie zaczynają pracować) oraz „karp we galyrcie" (w galarecie, podawany z jajkiem bądź marchewką i groszkiem). „Ślydzie" od zawsze podajemy w śmietanie i oleju – serwowany w najprostszej, ale zdecydowanie najprzyjemniejszej dla mojego podniebienia postaci.

Kolejnymi wigilijnymi potrawami są: „mocka" (potrawa, składająca się z piernika, suszonych owoców i orzechów, które zalewane są dużą ilością wody), „piecorki" (kompot z suszu) i makówki (składające się z maku, weki [bułki kanapkowej], miodu i bakalii), podawane przeważnie jako „szpajza" (deser), po zakończonej kolacji wigilijnej.

Na Śląsku wierzy się, że „jakiś we Wilijo, takiś cołki rok" (jaki jesteś podczas Wigilii, taki będziesz przez cały kolejny rok), dlatego dokłada się największych starań, by upłynęła ona pod znakiem spokoju i przyjaznej atmosfery. Karpich łusek nie wyrzucamy – wierzymy, że schowane do portfela, uchronią przed brakiem pieniędzy. Na stole nie może zabraknąć ani krzyża, ani dwóch świec, pod obrusem koniecznie musi znaleźć się sianko, a pod talerzem pieniądze. Od stołu można wstać dopiero wówczas, gdy wszyscy zakończą konsumowanie potraw, co jest oznaką szacunku wobec drugiej osoby.

Po zakończonej wieczerzy, cała rodzina, odpoczywając, zajęta jest rozmową, a dzieci wyczekują „Dzieciątka", które przyniesie prezenty (na Śląsku prezentów nie przynosi Mikołaj, a już z pewnością nie Gwiazdor). Nikt nie wychodzi do znajomych, nikt się z nikim nie umawia – wigilijny wieczór to czas poświęcany wyłącznie najbliższej rodzinie, a wychodzenie z domu następuje tylko w celach spalenia nadmiaru kalorii przyjętych podczas wigilijnej kolacji. Dopiero po obiedzie 26-go grudnia, na ulicach zaczyna pojawiać się młodzież, która spotyka się ze swoimi znajomymi. Jedynym wyjątkiem jest Pasterka, na którą młodzież udaje się w rówieśniczym gronie.

Nosze fojruwanie (nasze świętowanie)

Na Śląsku nie obchodzimy imienin. Nie rozumiemy, dlaczego imieniny są obchodzone jak urodziny – uważamy, że ważniejszy dla człowieka jest moment narodzin. „Gyburstag" (urodziny), są jedną, wielką imprezą rodzinną. Szczególnie ważne jest dla nas obchodzenie „Abrahama" (50-tych urodziny), które hucznie świętujemy najczęściej w restauracji, w większym, niż zwykle gronie, nie tylko rodziny, ale również przyjaciół i znajomych.

Topienie marzanny – obchodzone tradycyjnie w okolicach kalendarzowej wiosny, głównie przez dzieci i młodzież szkolną. W ten sposób żegnamy zimę i witamy wiosnę. Rozpoczynamy od przejścia ze słomianą kukłą na kiju, ubraną w kobiecy strój śląski, ze szkoły nad rzekę/wodę, po czym podpalamy ją i wrzucamy do wody. Podczas całej ceremonii, śpiewamy tradycyjne pieśni, natomiast po jej zakończeniu, wracamy z „goikiem" (choinką, przystrojoną wydmuszkami i wstążkami), symbolem budzącej się do życia natury i nadchodzącej wiosny.

„Babski comber" – spotkanie, impreza, zarezerwowana wyłącznie dla nas – kobiet. Na teren imprezy obowiązuje zakaz wstępu dla mężczyzn. W moich okolicach organizowana jest głównie na początku marca i nie obowiązują żadne reguły – istnieje dowolność w każdym tego słowa znaczeniu.

Poltyrabynt (trzaskanie) – tradycja nierozłącznie związana z nadchodzącym ślubem. Polega na rozbijaniu szkła (dzisiaj, dla łatwiejszego sprzątania, tłucze się porcelanę, głównie talerze, a nawet umywalki i muszle klozetowe) pod domem panny młodej. Następuje to na kilka dni przed weselem, co wg starodawnych wierzeń miało uchronić przed złem i demonami, jednakże, w dzisiejszych czasach wierzymy, że „poltyrabynt" przynosi szczęście młodej parze. Dzisiaj bardzo często łączony jest z dużą imprezą dla znajomych, których nie zaprosiło się na wesele.

Wykupiny – stara, śląska tradycja, polegająca na wykupowaniu panny młodej z domu rodzinnego przez przyszłego męża. Opiera się na wesołej dyskusji między rodzicami/świadkową panny młodej, a panem młodym i ofiarowywaniu coraz większej kwoty za przyszłą żonę. W momencie, gdy rodzice panny młodej uznają, że cena jest godna ich córki, pozwalają wyjść jej z domu i udać się na zaślubiny.

Szlogi (bramy weselne) – symbolizują drogę z przeszkodami do zaślubin, polegają na przeszkadzaniu młodej parze w dotarciu na ślub (głównie poprzez torowanie drogi samochodowi, w którym się znajdują). Organizowane są przez znajomych i sąsiadów państwa młodych, którzy oczekują „rekompensaty" (najczęściej w formie alkoholu) za przepuszczenie pary młodej.

Łoczepiny (otrzepiny) – zabawa, oznaczająca włączenie panny młodej do grona mężatek. Odbywa się na weselu, zawsze o północy i wygląda następująco: panna młoda siada na krześle, z welonem na głowie, otacza ją krąg kobiet z „warzychami" (drewnianymi łyżkami). Zadaniem pana młodego jest zdjęcie świeżo poślubionej żonie welonu z głowy, a pozostałych kobiet, utrudnienie przejęcia welonu poprzez poklepywanie (lżejsze bądź mocniejsze) rąk mężczyzny, drewnianymi łyżkami.

Maszkyty (słodycze)

„Kołocz" – kolejna Śląska tradycja związana z jedzeniem, symbolizująca dzielenie się radością, a także niekończącą się miłość i szczęście. Na krótko przed weselem czy komunią, zapraszani goście i znajomi rodziny, otrzymują tradycyjny Śląski „kołocz" (trzy ciasta drożdżowe: bez nadzienia, z makiem i z serem). Obowiązkowo, wszystkie rodzaje ciast muszą być okraszone słodką posypką, zapakowane w celofan, przyozdobiony gałązką bukszpanu i liścikiem z krótkim wierszykiem.

„Tyta" (róg obfitości) – tradycyjny upominek dla pierwszoklasisty w formie papierowego rożka, wręczany pierwszego dnia szkoły, dla umilenia momentu przejścia z przedszkola do szkoły. Do niedawna zawierał jedynie słodycze, jednakże od jakiegoś czasu w „tytach" zaczęły pojawiać się drobne zabawki, takie, jak małe zestawy klocków Lego, samochodziki czy niewielkie misie. Z doświadczenia wiem, że jest to szczególny rodzaj zwyczaju, którego naprawdę zazdroszczą nam wszyscy „Gorole". :) 

Nosze łozprowianie cyli to, co mi przajo (nasza mowa, czyli coś, co kocham)

Śląski dialekt – najbardziej rozpoznawalny element mojej kultury. Jedyny w swoim rodzaju. Ciężko go zrozumieć, nie będąc autochtonicznym Ślązakiem, wychowywanym w środowisku rodowitych Ślązaków. Jest niejednolity – praktycznie w każdej wsi czy mieście ma swoje odmiany. Co więcej, w każdym domu można zauważyć drobne różnice w słownictwie czy wymowie.

Dialekt śląski jest dla mnie czymś więcej, niż tylko sposobem wysławiania się. Jest dziedzictwem nie tylko regionalnym, ale i rodzinnym – swoistym poczuciem tożsamości, własnego „ja". Ponadto, jest sposobem autoprezentacji (oczywiście w odpowiednich momentach), przedstawiania siebie, jako osoby pochodzącej z konkretnego regionu, z charakterystycznymi dla mojego „Heimatu" tradycjami. Jest nie tylko tym, co słyszę w domu, u rodziców czy dziadków, jest także tym, co charakteryzuje moją wyrazistą społeczność lokalną, tym, co odróżnia ją od pozostałych mieszkańców Śląska i Polski. Śląski dialekt to najważniejszy aspekt mojej kultury, który z pewnością będę chciała przekazać swoim dzieciom, choć zdaję sobie sprawę, iż w dzisiejszych czasach jest on coraz rzadziej używany, a zasób słownictwa z roku na rok, niestety, ubożeje.

Mój Śląsk, mój „Heimat" jest tym, za co jestem niezwykle wdzięczna mojej rodzinie. Śląska mowa w domu, poczucie przywiązania do rodzinnych okolic, a także bycia kimś wyjątkowym, z osobną, kultywowaną od lat, niekonwencjonalną tradycją (której przykłady starałam się przekazać w niniejszym eseju), zrozumiałą tylko dla Ślązaków, to te aspekty, które cenię najbardziej. Będę starała się ich bronić i zamierzam kontynuować je w przyszłości, by nie doszło do unifikacji kulturowej.

Autor anonimowy 2016 r.

Data opublikowania: 18.02.2016
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko