Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Białystok – miasto tylko dla białych

Białystok – to jedna z bardziej adekwatnych nazw jakie tylko można sobie wyobrazić. Jakże nowego wymiaru nabrała po wydarzeniach z ostatnich miesięcy. Białystok – miasto tylko dla białych, miasto, gdzie świetnie się ma hasło „white power".

Białystok. Miasto na końcu polski. Polska B. Gdzie niedźwiedzie polarne chodzą po ulicach. Kojarzy się z muzyką disco polo, Krzysztofem Kononowiczem, ale na szczęście wymienia się też festiwal Up to Date, tancerzy z grupy Fair Play czy Ignacego Karpowicza. Pozytywnych skojarzeń z tym miastem jest jednak jak na lekarstwo zarówno w oczach samych białostoczan jak i osób z zewnątrz. Ostatnio szczególnie uwydatnia się skojarzenie z rasizmem. Bo przecież to w Białymstoku podpalili mieszkanie rodziny pochodzenia czeczeńskiego i to tutaj na oczach gapiów, którzy nie zareagowali pobili ciemnoskórego studenta medycyny. To tutaj, kiedy przechodzi się ulicami i wyróżnia się chociażby strojem można usłyszeć wulgaryzmy płynące w Twoją stronę. 

Stolica Podlasia stała się, bowiem w ostatnich latach sceną licznych rasistowskich wybryków, których apogeum stanowiły podpalenia mieszkań imigrantów z Czeczenii i Indii, ataki na Centrum Kultury Muzułmańskiej oraz zbezczeszczenie żydowskich cmentarzy i miejsc pamięci. Jak to się stało, że miasto kojarzone z wielokulturowością, otwartością i tolerancją, miejsce urodzenia Ludwika Zamenhofa, autora projektu uniwersalnego języka esperanto, który miał połączyć narody świata i przyczynić się do zlikwidowania konfliktów etnicznych, stało się stolicą polskiego neofaszyzmu?

Symbolem tego mechanizmu – powstawania miasta bez pamięci – jest obraz żydowskiego kirkutu w centrum Białegostoku, który po wojnie został zasypany grubą warstwą ziemi i gruzu ze spalonego białostockiego getta, bo przeszkadzał w odbudowie miasta. Na jego miejscu utworzono park. Do dziś dwa metry pod powierzchnią ziemi stoją pionowo macewy, nad którymi toczy się normalne życie, spacerują ludzie, bawią się dzieci.

Ja jako białostoczanka patrzę na takie traktowanie mojego miasta ze złością. Złością, która nie jest jednak ukierunkowana w stosunku do zarzutów osób z zewnątrz, tylko ze złością w stosunku do mieszkańców. Uważam za swoje dziedzictwo wielokulturowość tego miasta, która ostatnimi latami zmieniła się w hasło – nic nieznaczący baner. Zapomnieliśmy, my mieszkańcy, o tym co jest najważniejsze, a najważniejsza jest pamięć o przeszłości i jej kultywowanie.  Białystok obecnie to przede wszystkim miasto sprzeczności, które unika trudnych tematów.

W dwudziestoleciu międzywojennym 43 procent społeczności mieszkającej w Białymstoku stanowili Żydzi. Reszta byli to Polacy, Rosjanie i Ukraińcy. Od dawna było tak, że na terenie Podlasia mieszały się narody i religie – judaizm, chrześcijaństwo, islam. To tutaj Ludwig Zamenhof zafascynowany codzienną gwarą w czterech językach (rosyjskim, niemieckim, polskim i jidysz) stworzył uniwersalny język – Esperanto.

W czasie wojny w Białymstoku utworzono największe getto w tej części Polski, które pomieściło wiele tysięcy Żydów. Swoim zasięgiem obejmowało praktyczne całe obecne centrum miasta a także przyległe osiedla. Mury getta sąsiadowały z murami białostoczan, którzy żyją po dzień dzisiejszy. Po wojnie w 1945 roku okazało się, że ponad połowy ludności miasta po prostu nie ma – zginęła, jeżeli nie w getcie czy zamordowana w pobliskich lasach to został wywieziona do obozów zagłady. Tysiące mieszkań, setki tysięcy rzeczy pozostały po niedawnych sąsiadach. I jak tu nie wykorzystać takiej sytuacji?

Okres powojenny to czas, kiedy do Białegostoku nadciągają tysiące osób z pobliskich, czy też dalszych wsi – często byli to ludzie niepiśmienni, niewykształceni, których dziadkowie byli chłopami. Przyjechali i zajmowali wolne mieszkania. Konsekwencje tych zdarzeń widoczne są do dzisiaj. Obecnie znacząca część białostoczan posiada rodzinę na wsi, co właśnie pokazuje jak wiele osób przybyło ze wsi do miasta.

Dziedzictwem tych osób była tradycja ludowa, ziemia, rola i wszystko, co związane z pracą. Przyszły czasy komunizmu. Narastały antysyjonistyczne nastroje. Białystok stawał się miastem bez pamięci. Na terenie getta stanął Dom partii, stary cmentarz żydowski zasypano i postawiono gigantyczny Pomnik Bohaterów Ziemi Białostockiej, w dawnej dzielnicy żydowskiej urządzono miejsca targowe. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Białystok stał się miejscem bez pamięci. Naturalnie i w przeciągu kilku lat. Rodowici mieszkańcy starali się zapomnieć o koszmarze wojny, nowi mieszkańcy nie czuli związku z historią miasta. Zapomnieliśmy o tym, że to nie jest nasze miasto, to miasto Żydów, my jesteśmy tutaj tylko gośćmi.

Idąc ulicami miasta nie da się nie widzieć śladów mieszkańców. Stare kamienice są ustawione pod skosem do obecnych ulic, to jeden ze znaków przeszłości. Na dziedzińcu obecnej Akademii Teatralnej możemy zobaczyć żeliwny wspornik lampy z Gwiazdą Dawida. Na kilkunastu budynkach znajdują się tablice pamiątkowe tylko, co z tego, skoro zazwyczaj zamazane przez obraźliwe napisy bądź też zamalowane farbą tak, aby nie było ich widać.

Ale Białystok to nie tylko Żydzi i ich historia. To także prawosławni. To normalne, że na głównej ulicy obok katedry stoi cerkiew, że przy każdych uroczystościach odmawiana jest ekumeniczna modlitwa, że równie uroczyście obchodzi się święta według kalendarza juliańskiego. Pomimo tego dalej istnieje tutaj silna kategoryzacja – inny – ruski nie nasz obcy.

W tym kontekście należy wspomnieć o Żołnierzach Wyklętych, czyli antykomunistycznym podziemiu działającym zaraz po II wojnie światowej, a w szczególności o Rajmundzie Rajsie ps. „Bury". To kolejna historia, o której się nie mówi na Podlasiu, a raczej mówi przemilczając pewne fakty. Na przełomie stycznia i lutego 1946 dokonał serii zbrodni na ludności białoruskiej w Zaleszanach. Niektóre z nich IPN określił jako niosące znamiona ludobójstwa. Dzisiaj z kolei, co chwile pojawiają się transparenty i napisy w stylu: „Bury mój bohater", w mieście znajduje się rondo Żołnierzy wyklętych. Rok 2016 został ogłoszony rokiem Inki – sanitariuszki 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. W czerwcu 1945 r. została aresztowana przez NKWD-UB za współpracę z antykomunistycznym podziemiem. Z konwoju uwolnił ją patrol AK. „Inka" znów działała jako sanitariuszka oraz łączniczka, uczestnicząc w akcjach przeciw NKWD i UB. Nie mam nic przeciwko, i nie ujmuje bohaterstwa tej postaci. Niestety, to, co się robi z pamięcią o "Wyklętych", dzieli ludzi. Pamięć, w tym kontekście, oczywiście jest potrzebna – ale otwarta na dialog. Używają sobie w najlepsze ci, którzy nazywają się patriotami, a ich "patriotyzm" jest zawłaszczający, wykluczający, propagujący czarno-białą wizję świata, który wartość ma tylko w wersji narodowo-katolickiej.

Białostoczanie na co dzień posługują się kategoriami inny – zły – obcy. Jednocześnie, kiedy ktoś im zarzuci, że wielokulturowość to tylko hasło, będą bronić jej jak niepodległości. Czy nikt się nie sprzeciwia? Tak, owszem sprzeciwiają się, ale Ci, których mało słychać. Białystok jest małym miastem, wszyscy wszystkich znają – zawsze trzeba o tym pamiętać. Białystok to idealne miasto do wolnego życia i kontemplowania – nocą na ulicach nie ma ludzi, w autobusach pusto, nawet w godzinach szczytu nie ma korków. Idealne miasto, aby przyjechać i odpocząć jednak nie ma wielu chętnych, ponieważ czuć, że coś jest tu nie tak. To miasto ludzi skrywających tajemnice – którzy boją się utracić to, co sami zabrali innym. Lepiej nie wywoływać wilka z lasu. Po co? Jest to dobrze tak jak jest. Jednak cały czas za mieszkańcami ciągnie się coś niedopowiedzianego, niedogadanego.

Rasizm w Białymstoku psuje wizerunek, tylko, że wizerunek to tylko fasada tego, co jest w środku. Zawsze pojawia się zarzut, że to wizerunek pełen uogólnień. I nawet, jeżeli jest piękny i zachęcający każdy, kto się tutaj pojawi, podziała trochę, pochodzi po różnych wydarzeniach zobaczy, że jest tu problem. Nikt się nie odzywa, nikt nie zwraca uwagi – dziedzictwo tych terenów jest niechciane, zapomniane, nie potrzebne, niekultywowane. Rozumiem w pewnym stopniu źródło niezadowolenia w komentarzach, przecie u nas tak fajnie jak u „Pana Boga za piecem", i tacy my kochani i swojscy a tu się okazuje, że nie do końca. Bo jeżeli rodzice zabraniają przychodzić dziecku na kółko historyczne, bo te zajmuje się dziedzictwem żydowskim na ziemi białostockiej to coś jest nie tak. Bo kiedy szabasowy stół w spektaklu „Skrzypek na dachu" nosi neonazista to coś jest nie tak.

Od dziecka krytykowałam to, co podobało się większości. Może, dlatego teraz mijając zasypany cmentarz żydowski nie skaczę i nie piję piwa w tym miejscu. Może, dlatego mijając pomnik największej białostockiej synagogi, która został spalona w 1941 roku wraz z wyznawcami judaizmu w środku zawsze staram się przystanąć i położyć kamień dla upamiętnienia historii tych ludzi. Może, dlatego bulwersuje mnie, że przy pomniku Bohaterów Powstania w Getcie Białostockim buduje się przedszkole i że dzieci będą bawić się na ziemi, w której leżą kości poległych. Może, dlatego zamalowywałam napisy „white power" i szubienicę z gwiazdą Dawida. Może, dlatego pracowałam w Teatrze TrzyRzecze, który zasłynął walką z białostocką prokuraturą, która głosiła przekonanie, iż swastyka jest „hinduskim symbolem szczęścia". Wiem jednak, że najważniejsze dla mnie w historii jest bycie świadomym naszej przeszłości. Doskonale sprawdza się tu słowa ocalałego z Auschwitz Primo Levi'ego, że: „wszyscy, którzy zapominają o swojej przeszłości, są skazani na jej ponowne przeżycie". W przypadku Białegostoku historia już się zaczyna powtarzać.

Czy coś się zmieni? Z jednej strony mówi się o planach powstania Muzeum Historii Żydów Białostockich. Z drugiej młodzi nacjonaliści silnie sprzeciwiają się tej idei. Kongres esperantystów został obrzucony kamieniami. Stowarzyszenie działające na rzecz równości i zrzeszające osoby związane z ruchem LGBT ma problemy z dotacjami. Teatr TrzyRzecze został zmuszony do wycofania się z Białegostoku, a prezes młodzieży wszechpolskiej staje się reprezentantem województwa podlaskiego w sejmie.

Jednak z takiego miasta i tradycji się wywodzę i o niej chcę pamiętać. Ale warto o tym mówić, bo życie w tym mieście przy świadomości, co się działo a co się dzieje jest trudne. Białystok to miasto wielu sprzeczności, ale czy to nie jest ciekawe czy to nie jest miejsce na dyskusje na różnorodne wydarzenia spotkanie i dyskusje. Nadzieja umiera ostatnia.

Autorka: Magdalena Grynczel 2016 r.

Data opublikowania: 18.02.2016
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko