Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Moje dziedzictwo – 404 not found

Chciałabym mieć do opowiedzenia piękną historię o jakimś przedmiocie przekazywanym z pokolenia na pokolenie, na przykład ślubnym welonie. Chciałabym móc opowiedzieć o jakieś przydrożnej kapliczce, która dla mieszkańców miejsca, z którego pochodzę ma szczególne znaczenie. Chciałabym żeby każdy członek mojej rodziny został ukształtowany przez jakąś jedną opowieść o bohaterskich czynach pradziadka. Niestety. Tym razem, nic z tych rzeczy.

Nowe studia zdecydowanie otworzyły mi oczy na pewne rzeczy. Zmagając się z napisaniem tego eseju czuję się w pewnym sensie uboga. Uboga w historie, uboga w tradycje, uboga w przedmioty o tak zwanej „dużej wartości sentymentalnej". Jednak wydaje mi się, że przez 24 lata udało mi się zgromadzić pewne doświadczenia, które sprawiły, że jestem taka, a nie inna. Są to moje doświadczenia, historie stworzone przeze mnie, nie przez przodka, którego nawet nie poznałam, i którego najprawdopodobniej bym nie zrozumiała. Moje doświadczenia są dla mnie moim dziedzictwem, gdyż „dziedzictwem jest to, co uznajemy za dziedzictwo".

Spróbuję się jakoś usprawiedliwić. Skąd ten brak dziedzictwa? Uważam, że przywiązanie do rodzinnego dziedzictwa wynosimy z domu. Członkowie mojej rodziny nie słyną z wielkiej wylewności, sentymentalizmu. Wydaje mi się, że nigdy nie usłyszałam żadnej historii z przeszłości, która miałaby dla nich wielką wartość. Być może wina leży też po mojej stronie, nie pytałam. Być może coś umknęło mojej uwadze, coś pochopnie uznałam za nieistotne.

Momentami winię też swoje pochodzenie, które odkąd zaczęłam studia w Krakowie, przestało być zwykłą informacją o moim miejscu urodzenia i dotychczasowego zamieszkania i wydaje się teraz wisieć nad moją głową niczym czarna chmura. Mój tata pochodzi z Warszawy. Mama urodziła się w Kadzidle, wsi uznawanej za centrum kultury kurpiowskiej, ale Kurpie to jej dziedzictwo, nie moje. Nie przejawiała ona nigdy jakiegoś szczególnego przywiązania do swojego dziedzictwa, nie wiem nawet czy czuje się prawdziwą Kurpianką, czy posługiwała się kiedykolwiek gwarą kurpiowską itd. Nie chciałam przywłaszczyć sobie tej historii, ponieważ kompletnie się z nią nie identyfikuję. Mogłabym naczytać się rozmaitych tekstów o Kurpiach, pójść do Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce, gdzie spędziłam Boże Narodzenie i sztucznie wykształcić w sobie przywiązanie do tej kultury. Uznałam jednak, że nie będzie to do końca uczciwe, a nawet etyczne. Ja urodziłam się w Warszawie i część mojego życia spędziłam na Grochowie, w wysokim szarym bloku, na typowym warszawskim osiedlu. Nie zostałam w żaden sposób naznaczona jakimś lokalnym folklorem, trudno mówić o lokalnych tradycjach i rytuałach, które gromadziłyby całą społeczność, sąsiadów, gdyż życie w dużym mieście jest dosyć anonimowe.

10 lat swojego życia spędziłam za granicą, a dokładniej w Moskwie i w Paryżu. Częste przeprowadzki sprawiły, że człowiek nie przywiązywał dużej wartości do przedmiotów. Nie gromadziliśmy rupieci, z lekkim sercem pozbywaliśmy się rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydawały nam się niepotrzebne.

Lata spędzone za granicą miały swój wpływ także na nasze życie rodzinne. 10 lat Wigilii i śniadań Wielkanocnych spędzonych jedynie z mamą i tatą, trochę później z młodszym bratem. Nie sprzyjało to różnym wymianom międzypokoleniowym, wydawałoby się, że wszystkie historie, które mogliśmy sobie przekazać w tym wąskim gronie zostały już opowiedziane.

Dlatego jedyne, co mi pozostaje to docenić to co mnie spotkało w trakcie stosunkowo krótkiego życia. Doświadczenia, moje doświadczenia są dla mnie swoistym dziedzictwem. Moja znajomość języka francuskiego oraz sposób w jaki się go nauczyłam w pewnym stopniu definiuje to kim jestem. Wystawianie na próby przystosowania się do środowisk całkowicie dla mnie odmiennych ukształtowało mój charakter. Życie w obcym kraju i uczucie odmienności, które, czy tego chcemy czy nie, zawsze nam towarzyszy nauczyło mnie doceniać to skąd pochodzę. W pewnym momencie uznałam za swoją osobistą misję bycie wizytówką Polski. Chciałam pokazać się z jak najlepszej strony, żeby zwalczyć stereotypy dotyczące Polaków, z którymi niestety, ale zawsze się spotykałam. W szkole zawsze byłam utożsamiana ze swoją polskością. Nie byłam po prostu Kamilą, bądź inną wersją mojego imienia, które jest chyba dosyć łatwe do wymówienia, byłam Kamila – la polonaise. Kamila polka musiała więc pokazać, że jest pracowita, zdolna, uczciwa i inteligentna.

Myślę, że stąd też wynika duże przywiązanie do dziedzictwa narodowego i kulturowego naszego kraju. Na lekcjach ochoczo protestowałam gdy słyszałam nieco przeinaczone fakty historyczne. Kolegom i koleżankom sumiennie tłumaczyłam gdzie leży Polska, że Europa nie kończy się na Niemczech, i że nie, nie ma u nas wiecznej zimy i niedźwiedzi polarnych oraz, że tak, mamy elektryczność. Co Wielkanoc z dumą maszerowałam paryskimi ulicami do Kościoła polskiego, położonego nieopodal placu Concorde, ze święconką, która przyciągała wzrok wszystkich przechodniów, a mnie napawała niebywałą dumą.

Dopiero teraz dostrzegam jak istotne jest posiadanie dziedzictwa. Przeszłość naszych rodzin powinna mieć wpływ na to jacy jesteśmy. Myślę, że mój przykład będzie się nieco odróżniał od reszty historii opowiedzianych przez kolegów i koleżanki ze studenckiej ławki. Mam jednak nadzieję, że nie będzie odosobniony i skłoni wszystkich do refleksji. Do refleksji nad aktualnym stanem rodzin, wśród których możemy czuć się samotni, nad naszym szybkim życiem w dużych miastach i skupianiem się tylko i wyłącznie na przyszłości, nie doceniając dorobku naszych dziadków i babć.

Obserwując swoje zachowania sądzę, że nie wszystko stracone. Jest we mnie potencjał zgromadzenia pewnych przedmiotów, tradycji, bądź historii, które mogłabym przekazać dalej. Mój ojciec jest wielkim melomanem, to on zaszczepił we mnie pasję do muzyki, to dzięki niemu nadal kupuję płyty CD, co w dzisiejszych czasach wydaje się być rzadkością. Kuchnia mojej mamy jest dla mnie prawdziwym skarbem, dlatego wszystkie jej przepisy zgromadziłam w dwóch ogromnych segregatorach, jednym słodkim, drugim słonym, żeby przepisy spisane na starych, pożółkłych kartkach przetrwały trochę dłużej. Ostatnio będąc na działce u moich dziadków pozwoliłam sobie na myszkowanie po szafkach. Udało mi się znaleźć pudełko ze starymi zdjęciami, których nigdy wcześniej nie było mi dane obejrzeć. Kilka z nich nawet zabrałam sobie na pamiątkę. Moje ulubione przedstawia moich pradziadków, elegancko ubranych, spacerujących Alejami Ujazdowskimi. Zachowałam również swoją pierwszą maskotę, którą kupił mi tata w dniu moich narodzin, a zupełnie niedawno mama podarowała mi swój wełniany płaszcz, o klasycznym kroju, zachowany w świetnym stanie. Myślę, że za parędziesiąt lat ten esej mógłby być właśnie o tym płaszczu.

Autor anonimowy 2016 r.

Data opublikowania: 18.02.2016
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko