Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Dziedzictwo w moich genach

O moim dziadku Henryku (ze strony mamy) od zawsze wiedziałam, że jest człowiekiem o ciekawym i barwnym życiu, wiedziałam też, że nie jest on „typowym” starszym panem, spędzającym wolny czas przed telewizorem. Poszukując inspiracji do napisania tegoż eseju, skupiłam się na poszukiwaniu przedmiotów i zjawisk, których historia przekłada się na moje teraźniejsze życie. Zerkając na notatki z wywiadów z członkami rodziny, doznałam olśnienia. Większość tych opowieści ma punkt zaczepienia w tej niezwykłej osobie.

Mój dziadek to Ślązak z krwi i kości. Wiele lat przepracował na kopalni, własnymi rękami wybudował dom, a razem z babcią Teresą wychował dwie córki – Mariolę i Michalinę i syna Mirosława. Jego gwara jest tak zakorzeniona i rozbudowana, że bardzo często nie potrafię zrozumieć o czym mówi, mimo, że wychowałam się w rodzinie mówiącej po śląsku. Od kiedy pamiętam, dziadek Heniek wiele czasu poświęcał na pracy w garażu, ogrodzie, wokół domu, przy kościele i domach innych osób. Jest swego rodzaju „złotą rączką” – wykopie, wymuruje, pomaluje, rozbierze i poskłada samochód, porąbie drzewo, naprawi dach i cieknący kran. Co ciekawe, jako dziecko długo sądziłam, że po prostu chodzi gdzieś do pracy, ale tak naprawdę ciągle bywał „gdzieś” na robocie (mimo, że od dawna mógł się już cieszyć emeryturą). Dziadek kawę pija tylko parzoną w swojej ulubionej szklance „z koszyczkiem”, a mleko musi być tylko w proszku (w domach członków mojej rodziny ta specjalna część zastawy jest obowiązkowa). Niedzielny obiad najlepiej, jeśli jest typowo śląski – rosół, rolada, kluski i modra kapusta. Inne posiłki w 70% muszą składać się z mięsa, ponieważ „trawa jest dla królików”. Pamiętam, że posesji domu zawsze broniły psy, suczki rasy owczarek niemiecki długowłosy (brane z tej samej hodowli, niestety bardzo chorowite), które kolejno po sobie nosiły to samo imię – Sara. W garażu dziadka jest oczywiście wszystko i nic, ale najważniejszym jego punktem jest kanał (jak u mechanika), w którym „wszystkie nasze nowe samochody zawsze rozkręcał na części i robił po swojemu” – jak opowiadała babcia. Piękne wspomnienia przychodzą mi na myśl o starym zegarze, który niegdyś wisiał w salonie nad kanapą, na której spałam, kiedy przyjeżdżałam na letnie wakacje do dziadków. Jest to już ponad stu letni zabytek, który pamięta czasy mojej pra, pra babci, a dziś dźwięk wybijanych godzin przypomina mi o tym beztroskim życiu jako mała dziewczynka. W ogrodzie przy domu dziadków do dzisiaj można znaleźć ręcznie robione przez dziadka domki dla ptaków, a zimą powieszoną na trzepaku słoninę dla sikorek. Takiego kibica jak on nie zna chyba nikt. To ogromny fan piłki nożnej i hiszpańskiego klubu F. C. Barcelona, a także skoków narciarskich. Razem z moim bratem potrafi godzinami dyskutować o najmniejszych szczegółach meczu. Na każdym rodzinnym spotkaniu nie obędzie się bez garści najnowszych żartów i dowcipów, ale tylko człowiek wprawiony w śląską gwarę może się z nich śmiać. Do dnia dzisiejszego czyta wszystko bez użycia okularów, a także bez najmniejszych problemów serfuje w internecie w poszukiwaniu nowinek ze świata sportu i wiedzy no nowych sposobach np. ocieplania domów.

Nieodłącznym symbolem mojego dziadka jest jego ponad 48 letni rower, kupiony okazyjnie przez moją babcię w sklepie „po schodkach” w Leszczynach. W czasach, kiedy po wszystko stało się godzinami w kolejkach, był to nie lada cud. Początkowo dziadek nie był zadowolony z zakupu, ponieważ twierdził, że jest dużo innych ważniejszych wydatków (w tym czasie budowali dom), ale z czasem przekonał się do nowego nabytku. Rower ten przetrwał niejedną wyprawę - na robotę, na wycieczki z kolegami, miejscowe rajdy rowerowe, w których przeganiał niejednego „nowoczesnego górala”, przejażdżki po wszystkich okolicznych trasach rowerowych, a przeszedł może z dwie wymiany opon i dorobił się własnoręcznie zbudowanego, metalowego, zamykanego na kluczyk pojemnika na akcesoria. Nigdy nie przekonał się do młodszych wersji i nawet nie myśli o zmianie na inny.

Dziadek jest również bardzo pobożnym człowiekiem, wiele razy spotkałam go odmawiającego różaniec, czytającego Brewiarz, „Gościa Niedzielnego” czy modlącego się o 21.00 przy programie na żywo z Jasnej Góry. Moim zdaniem, jednym z jego najbardziej spektakularnych osiągnięć w życiu jest przejście 37-u Rybnickich Pieszych Pielgrzymek do Częstochowy na Jasną Górę. Przez prawie czterdzieści lat, co wakacje pokonywał tę samą trasę z modlitwą i piosenkami ze śpiewników pielgrzymkowych na ustach. Jedna taka trasa od Rybnika do celu to około 115 km. Czyli w sumie przeszedł 4255 km! Kiedy przyszło mi dopytywać o tę część jego historii, zobaczyłam piękną kolekcję chust, które zostały na pamiątkę wypraw. Około 30 sztuk, w różnych kolorach i rodzajach tkanin oraz zmieniającym się logo dla danej edycji. Pierwsza chusta pochodzi z 1987 roku (42. edycja), ostatnia z 2013, kiedy po niefortunnym wypadku na wakacjach, po złamaniu nogi nie mógł już dłużej podejmować wyzwania. Brakująca liczba chust wynika z tradycyjnej wymiany między wędrowcami z innych pielgrzymek. Mój dziadek w początkowych latach wypraw zabierał ze sobą całą rodzinę, babcię, dzieci, szwagra z żoną i jego dziećmi, a nawet syna koleżanki (który dzisiaj jest misjonarzem w południowej Afryce). Z czasem osoby wykruszały się, ale dziadek razem z wieloletnimi przyjaciółmi z pielgrzymek nie przestawał podejmować się corocznych tras na Jasną Górę. Całą drogę pokonuje się w 4 dni (dawniej w 3 dni), a nocowanie odbywa się w miejscowościach Gliwice, następnie Tarnowskie Góry i na końcu Kamienica. Z ostatnią miejscowością moich dziadków łączy bardzo dużo. Od kiedy rozpoczęli pielgrzymowanie, zawsze nocowali u jednej i tej samej rodziny w Kamienicy, której członków mogą nazwać dzisiaj przyjaciółmi. Z miejsca przybycia pielgrzymki odbierał ich ten sam Pan, który zawsze wiedział, że Rybniczanie będą znowu u niego spać. Rodzina ta była niezwykle utalentowana, ponieważ dzieci i rodzice grali na różnych instrumentach, więc za każdym razem, gdy goście przybywali, wieczory odbywały się w przyjaznej atmosferze wspólnego śpiewania przy dźwiękach pianina, skrzypiec czy fletu. Jednak nie zawsze trafiało się tak przyjemne posłanie. Podobno jeden raz przyszło moim dziadkom spać na pięterku w stodole nad krowami i końmi - „nie zmrużyłam oka przez całą noc, nie przeszkadzał mi ten „swojski” zapach, bardziej przerażały mnie te wszystkie myszy buszujące w sianie” – wspomina babcia. Jednym z aspektów tych wypraw jaki mnie zaszokował, były trudności związane z odbywaniem pielgrzymek tak dużą ilością ludzi. Na przykład, we wczesnych latach nie można było tego w ogóle robić, więc aby nie zostać aresztowanym, należało chodzić w grupkach liczących około 10 osób w ciszy i bez wyróżniania się. Z czasem stało się to łatwiejsze i na drogach miasteczek można spotkać na prawdę głośne i charakterystyczne tłumy pielgrzymów, których np. mieszkańcy często częstują wodą na trasie. Kolejnym aspektem, o którym dzisiaj bym nie pomyślała to były całoroczne przygotowania. Zbierało się konserwy turystyczne, puszki i inny prowiant na długo przed wyjściem, co wiązało się również z dużym obładowaniem plecaków na trasie. Moja babcia wspomniała, że na jedną rodzinną wyprawę musiała zabrać ze sobą aż sześć bochenków chleba! Dzisiaj wędrowcy mogą liczyć na pomoc organizatorów i transportować bagaże w specjalnych samochodach, a także pozwolić sobie na ciepły posiłek. Po dotarciu na miejsce wszyscy pielgrzymowicze udają się na mszę i adorację do Kaplicy Matki Bożej. Powrót z pielgrzymki jest teraz zapewniany autokarami, wcześniej każdy z uczestników musiał sam o siebie zadbać, pobiec po bilet na pociąg czy autobus lub liczyć na krewnych.

Jestem zdecydowanie pod ogromnym wrażeniem mojego dziadka Heńka, który przez tyle lat trwa w swojej swego rodzaju upartości, mimo że bardzo dużo osób przekonuje go do odpuszczenia z powodu wieku. W lipcu skończy 75 lat, a dalej nie przestaje zadziwiać. W ostatnim czasie bardzo ochoczo pomaga na probostwie przy parafii w Stanowicach, wykonuje remonty i naprawia przeróżne usterki. Dalej przemierza trasy rowerowe na swoim starym rowerze i wspina się na czubki dachów. A siły ma jakby przeżywał drugą młodość. Muszę przyznać, że nie poznałam jeszcze całej historii jego życia, ale z moich wspomnień i wywiadów mogę stwierdzić, że jest to człowiek, który nie potrafi tak po prostu nic nie robić. Dlaczego poświęciłam mu tyle uwagi? Ponieważ widzę między nami wiele podobieństw i wydaje mi się, że dzięki jego przykładowi mogę cieszyć się tymi „pożytecznymi” cechami, które odziedziczyłam. Pracowitość, podążanie własną ścieżką, robienie różnych rzeczy wbrew krytyce innych, upór (czasami nawet nieznośny), poczucie humoru i pozytywne nastawienie od ludzi. Myślę, że dziedzictwo pozostawione przez niego żyje we mnie i innych członkach mojej rodziny. Nie ma lepszej dawki motywacji niż pomyślenie o tych wszystkich rzeczach, które zrobił i robi, kiedy ja nie potrafię sobie poradzić z naprawdę malutkim problemem. Wiele razy usłyszałam od dziadka „dziołcha, a kiedy ty bydziesz wreszcie godać po naszymu?”. Obiecuję, że postaram się to wreszcie nadrobić.

Autorka: Marzena D. (2020)

Zobacz galerię zdjęć