Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Polub Instytut Kultury

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Głosy z tyłu głowy. Szatan, który zamieszkał w Radomiu

Podobno ma dwa rogi. Ogon. Widły. Jakby nie był wystarczająco przerażający, jest też uosobieniem zła, panem piekieł. Odbiciem ludzkich grzechów, lęków, niepowodzeń, wszelkich złych decyzji. Ten konkretny osiedlił się w Radomiu, założył rodzinę i ze swoją inteligencją, poczciwością oraz pozytywnym nastawieniem, wiódł życie, jako mąż, ojciec, dziadek i pracownik kolei radomskiej. To mój Szatan. Jan. Mój pradziadek, który zapisał się jedynie w mojej wyobraźni, żyje w rodzinnych opowieściach, puszcza oko z czarno-białych fotografii. Elegancki, z legendarną już w męskiej linii, szatańską łysinką, odpoczywając w swoim zakładzie przy robieniu mebli czy siedząc przy kuchennym stole i zawzięcie dyskutując z braćmi. Oj, to podobno były dyskusje. Siedzieli we trzech lub czterech, popijając i przegryzając co nieco. Polityka, ekonomia, religia, krytyka władzy państwowej. Takie dyskusje trwały do białego rana, często kończąc się narastającym napięciem między braćmi. Przychodzili jednak niemal codziennie, i gdy dzieci tuż obok odrabiały lekcje, brały kąpiel, oni oddawali się intelektualnej i emocjonalnej rozgrywce na argumenty.
 
Znam to tylko z opowiadań córki Pradziadka, choć jest dla mnie niczym babcia, na stale przylgnęło do niej określenie „Ciocia". Mimo to jest to tak namacalne, jakby na wyciągnięcie ręki, czuję jakby te dyskusje rozgrywały się tu i teraz, choć żaden z ich uczestników już nie żyje. Może dlatego, że po dziś dzień, gdy obserwuję moją rodziną, widzę te rysy. Naszej szatańskości. Gdy rozmawiam z Ciocią, łaknąc radomskich opowieści, wycinków z jej wspomnień, jej przeszłości, często słyszę – „Bo u Szatanów to tak było..", „On ma taką łysinę jak wszystkie Szatany", „Bo Ty masz szatański charakter".
 
Tacy byli. Tak się zapisali na kartach rodzinnej historii. Jako idealiści, kłótliwi, pracowici, jednak inteligentni. Choć Jan do kościoła nie zaglądał, to zawsze to on najlepiej znał Biblię i prawdy wiary, potrafił pokonać księdza w dyskusji. I właśnie dlatego to robił, choć formalnie nie miał wykształcenia, zawsze wszystkich zaskakiwał swoją wiedzą. Cenił ją, ale się z nią nie obnosił. A jego zniszczona książeczka do nabożeństwa wciąż przypomina mi o tej osobowości.
 
Inni, a jednak tak do siebie podobni. Każdy z tą swoją łysiną. Bracia Szatanowie. Niektórych z nich dzieliło niemal kilkanaście lat, dwóch walczyło w armii carskiej, trzeci w pruskiej. Jeden po wojnie był fryzjerem we Francji, a drugi handlował, trzeci miał skład węgla, inni byli wciąż bardzo młodzi. Jednak pomimo tych rozbieżności, wojenne i powojenne przygody, znowu sprowadziły ich do Radomia, do tego samego stołu w rodzinnym domu.
 
Zawsze czułam się bliżej związana z tą częścią rodziny, z Szatanami. To oni poprzez swoje życie, działanie, zaszczepili we mnie miłość do naszych małych mikrohistorii. Może to właśnie przez Ciocię? To taki nasz ukochany gawędziarz, opowiadacz, osoba, bez której niewiele wiedziałabym o moich korzeniach.
 
Ile to razy siedziałyśmy wspólnie przy stole, rozmawiając o pradziadku, o jego braciach, o przedwojennym i powojennym Radomiu. O relacjach polsko-żydowskich na naszym lokalnym podwórku czy o charakterze narodowym Anglików. Ciocia zyskała to z krwią, lubość do wszelkiego gadania, opowiadania oraz wykłócania się. Ale to właśnie dzięki temu tak bardzo wpłynęła na moją tożsamość, na postrzeganie przeszłości. Jakby nie było, to właśnie jej, zawdzięczam tak wiele, to z jej zasługi poznaję moje dziedzictwo i czuję się częścią czegoś większego. Rodziny, z wszystkimi jej zaletami oraz przywarami. Z pozytywnym, negatywnymi wydarzeniami. Ze wszelkimi smutkami, ale i anegdotkami.
 
Meandruję wśród rodzinnych, stworzonych przez pradziadka, niemal jarmarcznych piosenek, ocierających się o magię opowieści, legend o rodzinnym, zakopanym skarbie czy szatańskich animozji, tarć między braćmi i kolejnymi pokoleniami. A trzeba przyznać, że losy rodziny byłyby dobrym materiałem na sagę, barwną, bolesną, ale i wzruszającą, chwytającą za serce, by za chwilę przypomnieć o konfliktach związanych z przejęciem ziemi przez jednego z braci, co do tej pory, po niemal wieku, wciąż sprawia, że rodzina to dwa wrogie obozy.
 
Może dlatego nie potrafię tego ubrać w słowa. Moje dziedzictwo to oni wszyscy, wszystkie historie, które we mnie żyją. Rodzinne cechy, które w sobie odnajduję. Wszyscy bracia, Ciocia, Mama, Tata, Dziadkowie i krewni, siedzą teraz w mojej głowie i wszyscy z równą zawziętością wykłócają się o uwagę. Każdy zostawia jakiś ślad, jakiś okruszek, który stopniowo z wiekiem nabiera konkretniejszej formy, tworząc obrazy i reprezentacje.
 
To właśnie w tym malutkich opowieściach, ich skrawkach odkrywam moje własne reprezentacje, tego czym jest szacunek, bohaterstwo, bezinteresowność, walka o ideały czy rodzina na dobre i na złe. Moja rodzina to moi prywatni bohaterowie.
 
Niczym bumerang, gdy myślę o Pradziadku, powracają do mnie opowieści o wsparciu dla wysiedleńców z Poznańskiego, buncie na kolei, magazynowaniu broni działaczy AK w domu czy ochotniczej walce w powstaniu śląskim. Zdumiewa mnie jego nieustępliwość i bunt. Gdy w otoczeniu żandarmów, jako pracownik służby państwowej, ostentacyjnie nosił czapkę z orłem w koronie, gdy część domu przeznaczył, jako magazyn i tajne miejsce spotkań AK. Wszak w AK działał szwagier, no i trzeba się buntować, nie można siedzieć bezczynnie. Walczył więc pomalutku, oddolnie, choć stojąca twardo na ziemi Prababcia próbowała przywrócić go do porządku. No i pewnego dnia ślad po nim zaginął, nie wrócił po prostu z pracy, a Ciocia i Prababcia zostały zabrane na przesłuchanie. Odnalazł się rok później, w więzieniu NKWD w Rembertowie.
 
To także opowieści o krnąbrności, ale i kreatywności. Nieodmiennie od lat uśmiech na mojej twarzy wywołuje we mnie jedno z poczynań mojego Dziadka, w wieku niemal pacholęcym. Pradziadek pomimo wielu problemów finansowych wreszcie kupił sobie wymarzone buty, siadał w pracowni, pastował je i z czułością o nie dbał. Bał się je tylko założyć, było mu szkoda. Mały chłopiec nie miał jednak z tym problemu, a że pragnął ćwiczyć grę w piłkę nożną, po prostu zakradł się do pracowni i po kryjomu uszył z cholewek, solidną, skórzaną piłkę. Takiej to mu każdy pozazdrości! … trzeba jednak przyznać, że koniec historii nie był jednak tak pozytywny dla Dziadka. Jednak Dziadek potrafił także bardziej zaskakiwać, kiedyś przez dwa miesiące, które beztrosko spędzał na łące, utrzymywał całą rodzinę w przekonaniu, że pilnie siedzi w szkolnej ławie. A tymczasem nawet nie zapisał się do klasy.
 
W rodzinnym rezerwuarze wspomnień egzystują też niemal mityczne opowieści o szacunku. Pradziadkowi lepiej było nie zachodzić za skórę, obrażać go. Był wyrozumiały, poczciwy, niemal każdy liczył się z jego zdaniem. I to nie tylko w rodzinie, a na całej ulicy. Jednak gdy ktoś kompletnie nie wykazywał szacunku, łamał wszelkie reguły, Jan Szatan, mógł go przekląć. I to dosłownie, podobno lepiej później było nie być na miejscu owego człowieka, na którym zawisło fatum.
 
To tylko skrawki, fragmenty układanki, które składają się na moje dziedzictwo. Z każdym dniem ten zbiór się powiększa, konstytuuje na nowo, gdy dowiaduję się czegoś nowego, spotykam się z nowymi wydarzeniami, ludzkimi losami. Jednak jedna rzecz jest wręcz niezbędna. Choć jest to inny stół i inny dom, a my należymy do kolejnych pokoleń, wciąż siadamy i dyskutujemy. Każdy ma własne zdanie, nikt nie chcę ustąpić. Ciocia twardo stawia na swoim, Tata przekonuje, że jest całkowicie inaczej, Wujek śmieje się pod nosem i nie dając się zbić z tropu, stawia kolejne tezy, a ja dodaję swoje trzy grosze i twierdzę, że nikt nie ma racji. Tak to u nas jest. Taka nasza szatańskość.
 
Autorka: Aleksandra Szatan 2016 r.
 
 

Fot: Archiwum rodziny Szatanów, r. 1938

Data opublikowania: 09.04.2016
Osoba publikująca: Agnieszka Pudełko